Przejdź do głównej zawartości
Volovec 2064 m.n.p.m.
W pewną mroźną noc, gdy
ludzie już spali, postanowiłem wybrać się na kolejną wyprawę w Tatry, tym razem
Zachodnie. Po drodze zabieram jeszcze dwójkę towarzyszy owej wyprawy. W sumie
towarzyszki, dwie Wiole.
Po drugiej docieramy na parking na Siwej Polanie. Chwila odpoczynku w samochodzie
i przed trzecią ruszamy na szlak. Z Siwej Polany kierujemy się zielonym
szlakiem na Polanę Chochołowską - jedną z ciekawszych i zarazem najdłuższych
dolin Tatr Polskich.
Nazwa doliny pochodzi od położonej kilkanaście kilometrów dalej wsi Chochołów.
Cała dolina ze względu na ukształtowanie oraz sporą ilość polan i hal była
jednym z większych ośrodków pasterstwa w Tatrach, toteż jej główną atrakcją
turystyczną jest pasterstwo góralskie z typowym budownictwem form zwyczajowych
i gospodarczych. Najwięcej ciekawych obiektów znajduje się na Polanie
Chochołowskiej, usytuowanej w górnej partii doliny. W 1875 roku stało tutaj 17
budowli tego typu, w dwudziestoleciu międzywojennym było ich już 60. W latach
pięćdziesiątych XX wieku wypasano na niej 600 owiec i 140 krów.
Obecnie jest to jedyne miejsce w Tatrach, gdzie nadal prowadzi się na większą
skalę pasterstwo, co zapobiega zarastaniu łąk. Jest to możliwe dzięki temu, że
teren, pomimo ustawowego włączenia do TPN (Tatrzański Park Narodowy), należy do
Wspólnoty Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi z siedzibą w Witowie (TPN jedynie
nadzoruje działalność wspólnoty).
Po czwartej dochodzimy do Schroniska na Polanie Chochołowskiej (1148 m).
Pierwsze schronisko powstawało na południowym krańcu Polany Chochołowskiej
w latach 1930-1932, wybudowane przez Warszawski Klub Narciarski.
Do oficjalnego otwarcia doszło w 1932 r., choć już wcześniej nocowali tu
turyści. Budynek spłonął doszczętnie u progu końca II wojny światowej, zapalony
przez pociski artyleryjskie. Kolejna budowla, dziś służąca za leśniczówkę,
funkcjonowała jako schronisko Blaszyńskich w rejonie Wyżniej Bramy
Chochołowskiej od roku 1946 do 1966. Kilka lat później, w 1973 r., schronisko
zostało przejęte przez TPN i po krótkim czasie zaprzestano udzielania w nim
noclegów.
Budynek obecnego schroniska
wznoszono w latach 1951-1953. W 1955 roku, nieopodal schroniska, na Jarząbczym
Potoku, wybudowano niewielką elektrownię wodną, której ulokowanie w Tatrach
było pionierskim przedsięwzięciem.
23 czerwca 1983r. Dolinę Chochołowską odwiedził papież Jan Paweł II. Wydarzenie
to zostało upamiętnione tablicą, znajdującą się przy wejściu do schroniska.
Przed drzwiami frontowymi umiejscowione są również: tablica upamiętniająca
akcję ratunkową TOPR z 11-12 lutego 1945r.(przetransportowanie rannych partyzantów
ze Skrajnego Salatyna) oraz tablica, która wspomina próbę startu balonu Gwiazda
Polski na Polanie Chochołowskiej z października 1938r.
W schronisku cisza, nikogo nie ma. Spędzamy tam dłuższą chwilę, jedząc wczesne
śniadanie. Po piątej wyruszamy w dalszą drogę - na żółty szlak
w kierunku Grzesia. Wchodzimy w las, gdzie śniegu jest już sporo, a szlak lekko
pnie się do góry, mijamy koryto rzeki. Ciemno, chłodno, lecz chwilami gorąco
z wysiłku. Mijamy skrzyżowanie szlaków, gdzie w prawo można dojść na Bobrowiecką Przełęcz, ale my idziemy w lewo,
dalej żółtym szlakiem . Szlak coraz bardziej pnie się do góry. Wychodzimy z
lasu i wchodzimy w piętro kosodrzewiny pomiędzy którą prowadzi wąska śnieżna
ścieżka . Robi się coraz jaśniej budzi się dzień, lecz słońca nie widać. Po
godzinie dochodzimy na Grzesia (Lúčna, 1653 m)
Według Wielkiej
encyklopedii tatrzańskiej polska nazwa szczytu od góralskiego słowa „grześ”
oznaczającego grzędę lub grzbiet. Przez polskich górali dawniej nazywany był
Kończystym, przez słowackich Lúčna lub Končistá. Nazwa słowacka pochodzi od
niedużej grzędy i polanki Łuczna (Lúčna), na której w 1615 stał szałas. Na
szczycie od 1992 roku stoi drewniany krzyż upamiętniający konspiracyjne
spotkania działaczy polskich i słowackich odbywające się w latach
osiemdziesiątych XX wieku.
Kierujemy się dalej, tym razem niebieskim szlakiem na Rakoń.
Szlak z Grzesia na Rakoń prowadzi łagodną granią. Początkowo lekko schodzimy
(cały czas kosodrzewina wokół nas), następnie delikatnie w górę wzdłuż Długiego
Upłazu. Z czasem zanika kosodrzewina, znów lekko schodzimy w końcu ostatecznie
podchodzimy na Rakoń (1879 m n.p.m.) w totalnej mgle.
Wieje zimnym wiatrem temperatura coś około minus dziesięciu stopni, więc nie ma
mowy o jakimś dłuższym odpoczynku. Widoki hmm…, dookoła biało – śnieżnie
i mglisto, widoczność 20 może 30 metrów. Przed sobą powinniśmy widzieć masyw dzisiejszego
szczytu, na który zmierzamy, lecz nic nie widać. Dzieli nas około czterdzieści
minut. Idziemy… Kierujemy się najpierw na pobliską przełęcz Zawracie , a
następnie pniemy się ostro w górę. Przed nami nikt dziś jeszcze nie szedł,
przecieramy szlak. Wiatr coraz bardziej mroźny. Trzeba uważać bo po obydwóch
stronach są strome zbocza
Po dziesiątej osiągamy wierzchołek Wołowca (2062 m n.p.m.)Tu już naprawdę
wieje. Dosłownie Pizga złem.
Wołowiec jest zwornikiem dla trzech grani: od wschodu grani głównej
z Jarząbczym Wierchem i Łopatą, od południowej strony grani głównej
z Rohaczami oraz biegnącej w północnym kierunku bocznej północnej grani Wołowca
przez Rakoń i Grzesia do Bobrowca. Ten jeden z najwyższych szczytów polskiej
części Tatr Zachodnich wznosi się nad dolinami: Chochołowską, Rohacką
i Jamnicką. Od Rohacza Ostrego oddziela go Jamnicka Przełęcz (1908 m), od
Łopaty Dziurawa Przełęcz (1827 m), od Rakonia przełęcz Zawracie (1863 m).
Przez polskich pasterzy szczyt ten nazywany był przeważnie Hrubym Wierchem. Słowaccy
pasterze nazywali go Wołowcem i ta nazwa zwyciężyła, gdyż znalazła się na mapach
sporządzonych przez austriackich kartografów.
„Widok ze szczytu Wołowca jest nadzwyczaj interesujący (...), ku południowemu
zachodowi wachlarzowato rozłożona grupa urwistych Rohaczów (...), ku wschodowi
Tatry Wysokie przedstawiające się jakby olbrzymia wyspa skalista...”. Tak pisał
Janusz Chmielowski w 1898 roku. Pozostaje mu wierzyć na słowo.
Na koniec pamiątkowe zdjęcie na tle drogowskazu, bo tylko to było widać
i pora na powrotna drogę. Wracamy tym samym szlakiem.
Do schroniska docieramy dość szybko po dwóch godzinach. W schronisku parę
ludzi, spędzamy tam sporo czasu jedząc szarlotkę.
Po piętnastej zbieramy się. Wychodzimy ze schroniska, poranne chmury uciekły
odkrywając pobliskie szczyty. Wracamy… ale nie z powrotem na Wołowiec, lecz na
parking do Tojci.
Komentarze
Prześlij komentarz