Okiennik Wielki


Weekend zapowiadał się kiepsko. Nie ma z kim jechać w Tatry, a pogoda wyjątkowo ma być rewelacyjna. No cóż. Wpada mi do głowy świetny pomysł... Przedstawiam pomysł koledze...Nocka na Jurze? Czemu nie... Postanowione. Namawiam jeszcze koleżankę bo jest okazja powspinać się. Po pracy obiad na mieście i do domu szybko spakować się i w drogę. Do Skarżyc pod Wielki Okiennik docieramy dość późno, bo o osiemnastej. Na zachód słońca zabrakło nam dosłownie parę minut. No cóż zrobić. Do Skarżyc przyjeżdża jeszcze Dawid z Ojcem, jest okazja by znów się spotkać i chwilę porozmawiać. Na wspinanie jest trochę za późno, bo robi się coraz ciemniej, ale ja próbuję. Wchodzę na drogę 4+ „Przez konia”. Ostatni raz robiłem tą drogę z górną asekuracją i pamiętam, że  nie była dość łatwa, teraz idę dołem... Idę... Ciemno, widzę tylko to, co oświetla moja czołówka Takie małe utrudnienie... Jest, pierwszy ekspres wpięty, wspinam się dalej, jest drugi…
Jest dobrze... Problem pojawia się przed samym Koniem. Nie wiem gdzie dać nogi, trochę sprawia mi to kłopot, ale po kilku nieudanych próbach... Biorę głęboki wdech i wchodzę na Konia. (tak wygląda Koń z góry, za dnia). 


Udało się, siedzę na Koniu, ale to nie koniec drogi. Tak po jednej i jak po drugiej stronie jest ciemność i lufa. Tylko na dole widzę jedną czołówkę, to znak, że ktoś mnie asekuruje. Jeszcze kawałek przede mną. Kolejny ekspres... Idę dalej... Docieram do stanowiska krzyczę „mam auto” i wcale nie chodzi tu o samochód...
Wchodzisz? – Krzyczę. Nie, nie zjeżdżaj na dół…
Robię zjazd


 i po chwili jestem na dole. Fajnie było, ale nieco trudniej.
Siedzimy, rozmawiamy. Dawid z ojcem zbierają się w drogę powrotną. Zostajemy tylko ja i kolega. Zabieramy resztę klamotów z auta i udajemy się na „okno”. Jest około dziewiętnastej trzydzieści. Pozostaje tylko przygotowanie sobie miejsca noclegowego. Rozwieszamy liny, a na linach hamaki. Efekt końcowy? Po prostu… wow. Zobaczcie sami. 


Nie pozostaje nic innego jak tylko wdrapać się na hamak, a następnie do śpiworka. Robimy jeszcze trochę zdjęć i mimo wczesnej pory, bo jest przed dwudziestą drugą, pakujemy się w nasze legowiska.
Leżę dłuższą chwilę, patrząc na bezchmurne gwiaździste niebo. 


Nie mogę się napatrzeć, nadziwić i uwierzyć, że to nie sen. W końcu usypiam, nawet nie wiem kiedy. Kilka razy się przebudzam, pewnie dlatego, by sprawdzić czy to nie sen. Noc mija spokojnie, nawet nie było zimno. Budzę się koło czwartej, w sumie budzi mnie wiatr, pojawia się problem. Muszę wstać, wyjść z ciepłego śpiwora za potrzebą, niestety to jest wyprawa… Szybko wracam i z powrotem wskakuję do śpiworka.
Następna pobudka przed wschodem słońca. 


Wschód, kilka zdjęć. 
 

Niezapomniane, super przeżycie.
A potem już poranne śniadanie… Jajecznica z serem pleśniowym.


Teraz tylko czekać na kolejną taką okazję, poszukać jakieś fajnej miejscówki w hotelu miliona gwiazd. A może ktoś z Was jest chętny na przeżycie takiej przygody ?


Więcej zdjęć 


Komentarze

Popularne posty