Malá Fatra

    Zima w Tatrach rozgościła się na dobre, a ja od ponad miesiąca nie miałem okazji w nich zagościć.Z jednej strony fatalne warunki, a z drugiej całkowicie  pochłonął mnie generalny remont w domu, który od dłuższego czasu mi się marzył. Zbliża się kolejny weekend, remont trwa dalej, ale na szczęście koniec coraz bliżej.
    Znajomi namawiają mnie na wypad w góry. Początkowo jakoś niechętnie o tym myślę, gdyż chciałbym zakończyć rozpoczęte prace w domu. Jednak daje się przekonać, w końcu jakiś odpoczynek też mi się należy. Decyduję się na spontaniczny wypad. Obrany kierunek to Malá Fatra. Wyruszamy później niż zwykle. Po drodze zabieram Wiolę oraz Ewę. Jedziemy w kierunku Zabrza w wyznaczone miejsce spotkania. Zostawiam tam auto.Tym razem jadę jako pasażer. Przed piątą ruszamy w kierunku miejscowości Šútovo na Słowacji, a dokładnie na parking koło Chaty Vodospád (567 m).
    Około ósmej wyruszamy na szlak.  Lekko wznosząca się trasa, przypomina drogę na Morskie Oko, natomiast jest trochę węższa. Dookoła las, a wszystko pokryte bielutkim śniegiem.
 

    Na początku idziemy wszyscy razem, ale jakiś czas później Adam z Wiolą zaczynają się oddalać. W końcu znikają zostawiając nas w tyle. Ja z Ewą idziemy swoim tempem. Po godzinnej wędrówce docieramy do rozejścia szlaków Odb. k Šútov. Vodospádu (765 m). Idziemy w kierunku wodospadu, gdzie czeka na nas reszta ekipy.
    Šútovský vodopád (Wodospad Szutowski) – wodospad w zamknięciu Doliny Szutowskiej (Šútovská dolina) w południowo-wschodniej części grupy górskiej Małej Fatry (tzw. Krywańska Fatra), znajduje się pod szczytem Úplaz (1450 m), na wysokości 765 m. Zasilają go tzw. Źródła Mojżesza (słow. Mojžišove pramene), znajdujące się pod grzbietem Hromové, a wody odprowadza Šútovský potok (prawobrzeżny dopływ Wagu). Robimy dłuższą przerwę, odpoczywamy, oraz postanawiamy zrobić mała sesję przy wodospadzie. 

Ewa lubi robić zdjęcia, w sumie to jej pasja. Pojedzeni, wypoczęci, po zdjęciach ruszamy. Wracamy do rozejścia szlaków. Teraz czeka nas podejście. 


    Do schroniska według drogowskazu mamy trzy godziny. Hmm, to jeszcze się okaże. Trzeba brać poprawkę, że zimą szlak może przebiegać trochę inaczej oraz znacznie dłużej się idzie.  Adam odłącza się od naszej grupy  i znika nam z pola widzenia. Teraz idziemy w trójkę, ale Wiola po jakimś czasie też się oddala. Jednak co jakiś czas ją widzimy. Idziemy z Ewą , po drodze robiąc dużo zdjęć. Powoli podchodzimy coraz wyżej. W pewnym momencie las się kończy i zaczyna się śnieżne pole, pewnie pod grubą warstwą śniegu jest kosówka.

 



   
 Z oddali widać śnieżny, oświecony przez promienie słoneczne szczyt, który co jakiś czas zanika w chmurach. 

    Czym wyżej tym mocniej wieje. Temperatura zbliżona do - 15, może więcej. Mocny wiatr, chyba w granicach 50 km/h nie porywa, ale daje się we wznaki. Dodatkowo wcześniejsze ślady są zasypane. Trzeba radzić sobie samemu. Musimy iść bardziej na orientację, torując od nowa swój własny szlak. Co chwilę zapadamy się w śniegu. Nie jest łatwo. Ewa za mną... dzielnie sobie radzi. To jej chrzest zimowy w górach i od razu z grubej rury. Przez moment odpoczywamy, kręcę filmik, a chwilę później mam problemy z palcami u rąk. Mimo, że mam ciepłe rękawiczki nie potrafię ich ogrzać. Ból nie do opisania, jakby ktoś lał wrzątek na ręce. W tym czasie Ewą robi zdjęcia.




    Wiatr porywa jej rękawiczkę, to chyba najgorsze co może się wydarzyć.  Na całe szczęście zatrzymuje się około stu metrów dalej... Adrenalina jest.  Do kopuły szczytowej coraz bliżej. 


    Zmagania się z wiatrem, z mrozem, do tego torowanie drogi i ciągłe zapadnie się po kolana czasem po pas daje niezły wycisk. Na całe szczęście, udaje mi się rozgrzać ręce. Idzie się ciężko, ale nie całkiem źle. 


    Chwilami robimy krótkie postoje na złapanie oddechu. Nie raz bywało gorzej. Kolejny postój  obracam się w kierunku Ewy... Za naszymi plecami ukazują się wierzchołki Tatr do tego inwersja. Po prostu wow.

      Około piętnastej docieramy na Sedlo za Hromorým (1606 m). Zajęło nam to sporo czasu, ale było to do przewidzenia. Najważniejsze, że się udało. Dalej już nie idziemy… Na Chleb jest około trzydziestu minut drogi, ale jest zbyt późno by iść dalej. Niestety musimy myśleć o powrocie. Podziwiamy widoki. Spędzamy tu trochę czasu, robimy zdjęcia. Jestem „modelem”, nikt mi wcześniej nie robił tyłu zdjęć, jest ich mnóstwo, a zdjęcia naprawdę super. 


Ewa jest w swoim żywiole.  Zdjęcie za zdjęciem. Ja też próbuję..



Powoli trzeba się zbierać. Słońce bardzo szybko się obniża i wkrótce zajdzie.




    Do schroniska mamy według drogowskazu pół godziny. W dodatku nadciągają chmury. 
Mimo, że jeszcze jesteśmy w świetle słońca to i tak jest potwornie zimno.
Schodzimy. Jeszcze ostatnie zdjęcia. 


    Jesteśmy sami, nie ma tu już nikogo. Czym niżej tym widoczność coraz gorsza. Można powiedzieć, że momentami idziemy po omacku. Robi się coraz bardziej szaro. Musimy dotrzeć  do schroniska przed zmrokiem. Droga nie jest taka łatwa. Co chwilę zapadamy się w śniegu, a wydostanie się z niego nie jest takie proste. 


    Ewa podąża za mną. Nie wiem co myśli, ale jej też na pewno nie jest łatwo. Bardzo dzielnie daje sobie radę. Pada pytanie. Czy dobrze idziemy? Na przełęczy widzieliśmy jakieś schronisko, ale czy to było to do którego zmierzamy? 
Schodzimy lewą stroną. Schronisko które widzieliśmy było po prawej… W sumie nie ma możliwości przejścia na druga stronę, trzeba by było wejść na grań i zejść, druga stroną. Znowu marzną mi palce. Kolejna szybka próba ogrzania ich przynosi efekt. Schodzimy jeszcze kawałek i naszym oczom ukazuje się drogowskaz. Do schroniska mamy tylko osiem minut. Hurra, jest radość, ale na krótko. Mija około dziesięć minut, może więcej, a schroniska dalej nie widać. 
    Idziemy wśród krzewów i kosówki. Droga mało ciekawa, brodzimy w śniegu. To jest chyba moje najdłuższe osiem minut. Jest już prawie ciemno. Idziemy jeszcze kawałek. Nagle ukazuje się ledwo widoczne schronisko, gdyby nie oświetlenie moglibyśmy go nie zauważyć. Wchodzimy do środka. W schronisku nie ma nikogo,poza obsługą i Wiolą, która czeka na nas od godziny. A Adam był tu jakieś dwie godziny temu. Ciepełko…
Chata znajduje się na wysokości 1423 m n.p.m., na południowym grzbiecie szczytu Chleb.
Pierwsza wzmianka o Chacie pod Chlebem pochodzi z czasów Pierwszej Republiki Słowackiej. Schronisko zostało spalone w 1945 roku przez uciekające niemieckie wojska. Zostało odbudowane, lecz spłonęło ponownie w 1982 roku. Dzisiejszy budynek powstał po tamtym pożarze przez przebudowę i rozbudowę dawniejszych zabudowań gospodarczych. Ślady fundamentów dawnego schroniska są widoczne do dziś tuż obok.
    W schronisku spędzamy trochę czasu. Z tego co się dowiadujemy Adam jest w drodze do auta. Najgorsze za nami. Pozostaje teraz tylko zejście i powrót do domu. Mamy tylko nadzieję, że Adam będzie na nas czekał... Po siedemnastej ruszamy ze schroniska i kierujemy się na Šútovo. Według drogowskazu mamy do pokonania ponad dwugodzinny szlak . Mimo zmęczenia, humory nam dopisują.  W szybkim tempie schodzimy do miasteczka. Zajęło nam to półtorej godziny. Spotykamy się z Adamem. Teraz pozostaje tylko zapakować się do auta i wracać do domu…
    Ewa jak na pierwszy raz przeszła swój chrzest zimowy w warunkach dość ekstremalnych i doskonale dała sobie radę. Zrobiła mnóstwo przepięknych zdjęć. Pełen profesjonalizm!
W jej imieniu zapraszam na jej stronę Internetową lub Facebook

    Ja natomiast tą wyprawą otworzyłem sobie sezon zimowy, który mam nadzieję, że będzie pełen przygód.


Komentarze

Popularne posty