Slovenský víkend


        Kończy się rok 2018. Uważam go za bardzo udany. Nowe szczyty, nowe doświadczenia. Na święta Bożego Narodzenia wybrałem się na kilka dni do Zakopanego. Warunki nie były zbyt zachęcające. Od dłuższego czasu intensywnie padał śnieg. Wiązało się to z pogorszeniem sytuacji pogodowej w górach. Zatem będąc już na miejscu nie robiłem nic specjalnego. Jednakże w wigilijny dzień postanowiliśmy z Wiolą udać się do Doliny Kościeliskiej, w której naszym celem była Jaskinia Mylna. Po godzinnej wędrówce z Kir dotarliśmy do rozejścia szlaków, skąd wiedzie czerwono-czarny szlak do jaskini. Została ona po raz pierwszy zbadana w 1885 roku przez Jana Gwalberta Pawlikowskiego. A swoją nazwę wzięła od korytarzy tworzących zawiły labirynt.  

Spędzamy tam około dwóch godzin. Spotykamy kilku jej mieszkańców, którzy pogrążeni w hibernacji zdają się nie zwracać na nas uwagi.

    Do obszerniejszej relacji  na temat Jaskini Mylnej zapraszam do relacji z dnia 15 grudnia 2017. Po wypadzie do jaskini udajemy się do Schroniska Ornak na zupę grzybową oraz pyszną szarlotkę.



    Z kolei w drugi dzień świąt postanowiliśmy wybrać się nad Czarny Staw Gąsienicowy. Tego dnia dołączyła do nas również Ewa, która w międzyczasie dojechała do Zakopanego. Aby dotrzeć w zaplanowane miejsce wybraliśmy szlak z Brzezin. Po dotarciu okazało się, że dziś widoków nie będzie.


    Na całe szczęście każdy z nas był już wcześniej nad Czarnym Stawem więc mogliśmy sobie chociaż wyobrazić, gdzie znajdują się poszczególne szczyty. Wracając zahaczyliśmy o schronisko w Murowańcu. Zjedliśmy tam pyszną zupę grzybową oraz pierogi.
    Zaczął się rok 2019. Czas mija nieubłaganie. Jest już połowa stycznia. W górach cały czas fatalne warunki pogodowe, mocny wiatr, duże opady śniegu. Zagrożenie lawinowe zwiększa się do 4 stopnia. Dla bezpieczeństwa TPN pozamykał większość szlaków. Jednakże ludzie i tak chodzą nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Ale cóż... Jak wspomniałem jest 2019, połowa stycznia. Plany na ten rok mam dość spore. Chcę zakończyć swój projekt który zacząłem trzy lata temu tj. obejść wszystkie szlakowe szczyty i kontynuować Wielką Koronę Tatr. Jestem w jej połowie. Za sobą mam już między innymi: Rysy, Kriváň czy Slavkovský štít na które prowadzą drogi szlakowe.  Z kolei do wejść pozaszlakowych dopisać sobie mogę: Baranie rohy, Končistá, Kežmarský štít oraz Lomnický štít.
    A tymczasem... Już od dłuższego czasu chodziło mi po głowie, by bardziej podszkolić się w turystyce zimowej. Co prawda dużo już potrafię, ale od przybytku głowa nie boli, a warto poszerzyć swoje umiejętności. Wybór szkoły nie jest łatwy. Jest ich masa i nie wiadomo którą wybrać. Jedni gorsi, drudzy lepsi, a inni gorsi od gorszych. Ale w końcu firma wybrana.
    Trwają przygotowania do wyjazdu. Lecz niestety wypadek samochodowy pokrzyżował moje plany. Na szczęście nic poważnego się nie stało, ale potrzebowałem trzech tygodni by dojść do zdrowia. A auto? Naprawi się.
    Mija styczeń. Jest połowa lutego. Postanawiam niezależnie od pogody wybrać się z Ewą na Słowację. Robimy sobie dłuższy weekend. Może jakiś wschód słońca? To będą pierwsze zimowe słowackie Tatry Ewy. Natomiast ja trochę się rozruszam po długim leniuchowaniu. Jest czwartkowe popołudnie. Około piętnastej wyjeżdżamy w dobrze znanym mi kierunku. Miejscem docelowym są Smižany. Mamy tam zarezerwowane miejsca noclegowe. Droga przebiega dość spokojnie. Lepiej jedzie się w ciągu dnia niż nocą, ale i tak przed Nowym Targiem dopada nas zmrok. Na Słowację docieramy późnym wieczorem. Mocno świecący księżyc oświetla Tatry pokazując wyraźny zarys ogromu gór. Zatrzymuję się na chwilę i korzystam z okazji, iż widoczność jest bardzo dobra. Pokazuję Ewie ośnieżoną Łomnicę, Gerlach oraz inne szczyty. Mieliśmy dziś w nocy zebrać się i ruszyć na wschód słońca, ale zmęczenie jednak górowało nad nami. Postanowiliśmy odłożyć ten wypad na inny dzień.
    W związku z tym, iż wyjście na wschód słońca nie doszło do skutku zabrałem Ewę do Raju. Czyli kierunek Slovenský raj. Chwilę po jedenastej docieramy do miejscowości Podlesok, leżącej u wrót Słowackiego Raju.

    Tutaj zaczyna się szlak Suchá Belá. Jestem tu już po raz czwarty, może piąty i jeszcze nie znudziło mi się to miejsce, gdyż jest to bardzo fajny i ciekawy szlak. Już na początku jest ślisko. Wchodzimy w dno wąwozu. Pod lodem płynie potok, lecz trzeba uważać bo czasem lód jest bardzo cienki. Postanawiamy założyć raki. 

    Ewa stawia w nich swoje pierwsze kroki. Muszę przyznać, że dobrze jej idzie. Przed nami pierwsze trudności, a raczej atrakcje Słowackiego Raju.

    Drewniane kładki pokryte częściowo śniegiem oraz lodem. Na kładkach trzeba uważać, gdyż jeden zły krok może spowodować upadek do lodowatej wody lub na lód. W najlepszym wypadku można przy tym tylko się poobijać. W innej sytuacji skutki nieuwagi mogą być znacznie poważniejsze.


    Idziemy ostrożnie, pomału stawiamy swoje kroki. Po jakimś czasie docieramy do pierwszych wodospadów o nazwie Misové vodopády. Są one częściowo w lodzie. Misowe wodospady spadają w dół kilkoma kaskadami z wysokości 29,5 metra do kolejnych kotłów eworskich zwanych potocznie misami. Dla pierwszych wędrowców którzy tędy szli okazały się ograniczeniem nie do pokonania. W dzisiejszych czasach są drabinki, które ułatwiają dotarcie na górę. 

Za drabinkami mijamy kolejne drewniane kładki, a potem metalowe półeczki zwane po słowacku stúpački. 

Przeciskamy się między skałami by dotrzeć do kolejnej drabinki. 


 Po drodze mijamy piękny lodospad, aż chciałoby się powspinać.


    Gdybyśmy zabrali czekany to pewnie już próbowałbym lodowej wspinaczki. Natomiast w zaistniałej sytuacji pozostaje nam tylko robienie zdjęć oraz odpoczynek. 

    Z Wąwozu wychodzimy przed zmrokiem około siedemnastej trzydzieści w sumie nie dziwię się, gdyż zrobiliśmy mnóstwo przepięknych kadrów.




    Chwilę po siedemnastej docieramy na polankę  Suchá Belá 959 m.n.p.m. Krótki czas na odpoczynek oraz nabranie sił na powrót. Schodzimy niebieskim szlakiem w stronę parkingu. Mamy około półtorej godziny drogi. Wracamy do Smižan. Zastanawiamy się co robić jutro? Pomysł ze wschodem słońca odkładamy jednak na kolejny dzień. Z kolei jutro postanawiamy zrobić krótką trasę by w miarę szybko wrócić i wcześniej się położyć. 
    Zatem następnego dnia według ustaleń jedziemy do miejscowości Spišské Tomášovce. Ze Smižan mamy około piętnastu kilometrów. Z centrum miasteczka startuje szlak do miejsca docelowego. Jednak my zdecydowaliśmy się wjechać w jego głąb i zatrzymać się na pseudo parkingu, który pokryty jest grząskim błotem. Stąd nasza droga wyniesie około trzydziestu minut szlakiem, który prowadzi prosto nad przepaść. Ewa jeszcze nie wie co ją czeka. Pomimo przepięknej pogody nawierzchnia szlaku nie rozpieszcza. Raz brodzimy w błocie na innym odcinku ślizgamy się po lodzie, ale nie poddajemy się. Wchodzimy w las, by po jakieś chwili ujrzeć prześwit między drzewami. 
Śmiejąc się pytam Ewę - Ufasz mi? 
Chyba już tak – odpowiada. Więc daj mi rękę, zamknij oczy będę Cię prowadził - mówię. Uważaj korzeń, lekkie zejście. Po chwili podchodzimy metr od progu przepaści. Otwórz oczy - mówię. Jej pierwsza reakcja to - wow, ale pięknie! I tak oto dotarliśmy na Tomášovský výhľad.

    Spędzamy tu dobre dwie godziny. Ewa jest w swoim żywiole. Robi zdjęcia, jedno za drugim, również ja staram się zrobić parę dobrych kadrów. 
 
Pogoda rozpieszcza, jest ciepło, chwilami wręcz gorąco. Aż wierzyć się nie chce, że jest 16 luty. Raczej czuć klimat majówki. Można tu przesiedzieć cały dzień i wpatrywać się w oddali w ośnieżone szczyty Tatr. 
 
    Niestety trzeba w końcu przerwać sielankę i wracać, aby przygotować się na kolejny dzień, gdyż czeka nas zarwania noc. Pomysł ze wschodem słońca w końcu dojdzie do skutku.

    Po dziewiętnastej kładziemy się spać. Wstajemy chwilę po północy. Jest ciężko, ale zbieramy się dość szybko i w niedługim czasie wyruszamy. Około drugiej docieramy na Štrbské Pleso, by chwilę później ruszyć na szlak. Cisza…dokoła cisza. Nie ma ani jednej żywej duszy. Jesteśmy tylko my. Na początku idziemy brzegiem oświetlonego jeziora. W pewnym momencie odbijamy w prawo na inny szlak. Przechodzimy przez nartostradę, a następnie wchodzimy w las. Śnieg jest mocno zmrożony. Jednak bez większych trudności pokonujemy drogę. Noc jest spokojna, jasna. Księżyc w pełni. Jest tak jasno, że można iść nawet bez czołówki. Wychodzimy z lasu podążamy wzdłuż nartostrady. Nie spieszymy się, idziemy spokojnie, nikogo nie goniąc.

    Po jakimś czasie docieramy pod schronisko chata pod Soliskom 1840 m n.p.m. Tu robimy przerwę. Jest chwila na odpoczynek i na zdjęcia. Ewa wypatrzyła kadr i zaczyna fotografować. Po chwili i ja się przyłączam.

    Jednak trzeba ruszać dalej. Mamy około godziny na szczyt, a czasu coraz mniej. Czym wyżej tym śnieg bardziej zmrożony oraz robi się coraz jaśniej. Zakładamy raki i pniemy się ku górze. 

    Za plecami ukazują nam się przepiękne widoki. Niebo staje się czerwono-żółto-pomarańczowe. 
 
    Pięć minut przez wschodem Ewa w raz ze mną zdobywa swój pierwszy zimowy dwutysięcznik. Predné Solisko 2093 m.n.p.m. Jest radość i szczęście. Mało brakowało, a przegapilibyśmy wschód. 
 

Jestem po raz trzeci na tym szczycie, ale na pewno nie ostatni. Jeszcze tu wrócę.

Na szczycie Soliska spędzamy dobre dwie godziny. Mamy masę przeróżnych ujęć i każde wspaniałe. 
 
Pogoda rozpieszcza. 

Dziś to my jesteśmy pierwszymi zdobywcami tej góry i co najważniejsze jesteśmy tu sami. 
 
    Dopiero w późniejszym czasie pojawiają się pierwsze osoby. Tymczasem my zaczynamy powoli schodzić w kierunku schroniska. Wokół schroniska masa ludzi. Głównie narciarze. Robi się ciepło, wręcz tak gorąco, że można się opalać. Na górze trochę wiało więc trzeba było się ubrać. Z kolei na dole rosnąca temperatura sprawiała, że musieliśmy ściągać z siebie po kolei wszystkie warstwy odzieży, która towarzysza nam w nocy. Wchodzimy do schroniska, zamawiamy zupy: Cesnaková i Kapustová polievka. W smaku? Hmm nic specjalnego. Zwykła woda z dużą ilością tłuszczu. Siedzimy jeszcze chwilę w schronisku jednocześnie prowadząc dyskusję jak długo będziemy schodzić. Po chwili odpoczynku kierujemy się w stronę górnej stacji kolejki. Ewa jeszcze nie podejrzewa co ją czeka. Podchodzimy pod wyciąg.
Nagle mówię - ściągaj plecak zjeżdżamy w dół.
Ewa zdziwiona pyta - Ale jak to? Nie mamy biletów!
Odparłem stanowczo - Chodź! 
Już po chwili zjeżdżamy. Ewa w szoku, oczywiście pozytywnym. W ciągu kilku minut jesteśmy na dolnej stacji kolejki. Jest koło jedenastej. Wybieramy się jeszcze do Popradu na małe zakupy i pyszny obiad w  przytulnej knajpce w Nowej Lesnej.

Wszystko co dobre, szybko się kończy, ale na pewno tu wrócimy.
 













Komentarze

Popularne posty