România Dzień 3 Capana Podragu – Moldoveanu
Pobudka dość wcześnie, ale i tak wychodzimy po
siódmej.
Kierujemy się na przełęcz Podragului, tam gdzie
wczoraj zakończyliśmy wędrówkę i schodziliśmy do schroniska.
Z przełęczy wędrujemy dalej kontynuując czerwony
szlak.
Mijamy po południowej stronie skalistą grań nad kotłem
Podu Giurgiuliu,
a potem trawersujemy trawiaste zbocza szczytów Tărâţa
2414m n.p.m. i
Corabia 2407 m n.p.m.
Szlak powoli wznosi się coraz wyżej, ale prowadzi w miarę łagodnie, ale i tak odczuwam zmęczenie. Omijamy szczyt Ucea Mare 2434 m n.p.m. i dochodzimy do przełęczy Ucişoara 2312 m n.p.m. Południowym zboczem omijamy Ucişoare 2418m n.p.m. Kierujemy się do przełęczy Orzănelei 2305m n.p.m. Widoki coraz ciekawsze.
Szlak powoli wznosi się coraz wyżej, ale prowadzi w miarę łagodnie, ale i tak odczuwam zmęczenie. Omijamy szczyt Ucea Mare 2434 m n.p.m. i dochodzimy do przełęczy Ucişoara 2312 m n.p.m. Południowym zboczem omijamy Ucişoare 2418m n.p.m. Kierujemy się do przełęczy Orzănelei 2305m n.p.m. Widoki coraz ciekawsze.
Z przełęczy czeka ostatnie podejście gdzie trzeba
pokonać strome zakosy, czyli wdrapać 222 metrów w górę.
Strome podejście, które wysysa ze mnie ostatnie , coraz wolniej i z przyśpieszonym oddechem zbliżam się na szczyt... Przede mną już mniejsza połowa. Dziewczyny znikają, pewnie czekają już na szczycie. W końcu po jedenastej docieram na Viștea Mare 2527 m n.p.m., który jest trzecim co do wysokości szczytem Rumunii. Na szczycie chwila odpoczynku. Chwila na złapanie oddechu. Woda schodzi mi jak paliwo z czołgu. Zmęczony już, lekko wyczerpany.... Zamiast siąść i odpocząć... Nie... Nosi mnie. Dach Rumunii jest tak blisko jak nigdy dotąd. Dosłownie na wyciągnięcie ręki...
Mówię: ,,Idę powoli, dogonicie mnie”... Ruszam. Ale
zamiast iść wolno zaczynam przyśpieszać. Szczyt przyciąga mnie jak magnes. Z
Viștea Mare jest około dwadzieścia minut na... Szlak prowadzi wąskim grzbietem
i wymaga pokonania Szczerbaty Spintecătura Moldoveanului i łańcuchów.
Ale jest dość łatwo. Jeszcze chwilka… Dziewczyny zostały spory kawałek w tyle. Szczyt przyciąga coraz bardziej, nie wiem skąd te siły. Zaczynam ostatkiem sił przyśpieszać...
Nie umiem tego opisać co wtedy czułem...
Trzy... Dwa... Jeszcze jeden krok i…
Jest... Udało się... Coś niemożliwego stało się
możliwym. Po dwunastej zdobywam Króla i dach Rumunii Moldoveanu.
Mój Moldoveanu
2543 m n.p.m.
Są niesamowite emocje. Na twarzy zmęczenie, w oczach łzy szczęścia. Dach Rumunii zdobyty i mało tego jest to najwyższy szczyt zdobyty przeze mnie.
Niektórzy historycy twierdzą, że nazwa szczytu pochodzi od szwedzkiego szczeniaka, po czym zwano także regionem Mołdawii. Kilku naukowców odrzuciło ten idee i twierdzi, że imiona szczytów w masywie Fagaras zostały wydane po pseudonimach pasterzy, jedynych, którzy wspinali się po tych górach ponad 80 lat temu . W ten sposób Moldoveanu Peak został ochrzczony przez pseudonim pasterza, który miał ten górzysty teren.
Dziewczyny przychodzą parę chwil później... Na
szczycie spędzamy trochę czasu... Robiąc zdjęcia i rozkoszując się widokami.
Godzina mija jak pięć minut... Dziewczyny zbierają się i zaczynają schodzić. Może to dla nich tylko fajka odhaczona na kartce z nazwą szczytu. Jestem jeszcze chwilę na szczycie. Naprawdę nie chce mi się schodzić, nie z powodu zmęczenia, ale z powodu tego piękna, które mnie otacza... Nie umiem opisać tego co czuję, tego co przeżyłem. Ktoś się zastanowi... Idzie szczyt, męczy się, ma dość, a mino to idzie dalej... Jak to jest? A po wszystkim wraca szczęśliwy. Po prostu trzeba kochać góry. Nadchodzi ta chwila, której nie lubię... Jeszcze raz spojrzenie na szczyt i zaczynam schodzić. Dochodzę do dziewczyn, które czekały już na Viștea Mare. W między czasie nadciągają piękne białe chmury, nie burzowe, ale białe, które wyglądają cudnie...
Godzina mija jak pięć minut... Dziewczyny zbierają się i zaczynają schodzić. Może to dla nich tylko fajka odhaczona na kartce z nazwą szczytu. Jestem jeszcze chwilę na szczycie. Naprawdę nie chce mi się schodzić, nie z powodu zmęczenia, ale z powodu tego piękna, które mnie otacza... Nie umiem opisać tego co czuję, tego co przeżyłem. Ktoś się zastanowi... Idzie szczyt, męczy się, ma dość, a mino to idzie dalej... Jak to jest? A po wszystkim wraca szczęśliwy. Po prostu trzeba kochać góry. Nadchodzi ta chwila, której nie lubię... Jeszcze raz spojrzenie na szczyt i zaczynam schodzić. Dochodzę do dziewczyn, które czekały już na Viștea Mare. W między czasie nadciągają piękne białe chmury, nie burzowe, ale białe, które wyglądają cudnie...
W oddali widzę królujący szczyt Moldoveanu, który przez chwilę był tylko mój... Schodzimy. Wracamy tą sama droga na przełęcz Podragului. Zmęczenie dawało w kość, nie mówiąc o podejściach. W końcu koło osiemnastej docieramy do schroniska.
W schronisku zasłużony obiad - sarmale czyli gołąbki po rumuńsku... A potem już tylko relaks, nawet nie wiem kiedy usnąłem, był to naprawdę dzień pełen wrażeń.
Więcej zdjęć
Dzień czwarty


Komentarze
Prześlij komentarz