Zimowe Rysy

Noc w schronisku przebiegła dość niespokojnie. Dała się we znaki banda pijanych Taterników. Na zwróconą  uwagę stwierdzili, że w końcu im wszystko wolno.  Przed drugą przyszła kolejna grupa Taterników, ale oni potrafili się zachować. Wszystko zależy od kultury. Wstaję przed budzikiem, nawet wyspany, mimo że co chwilę się budziłem. Trochę zamotany zbieram się, dobrze że spakowany byłem już wczoraj. Jestem gotowy ! Czekam, aż reszta się ogarnie... W pół do szóstej wychodzimy z naszego schroniska. Przechodzimy koło nowego schroniska. Kierunek jezioro.  Zejście nad jezioro...jeden wielki lód. Przechodzimy środkiem przez Morskie Oko. Ciemno, do tego sypie śnieg i mgła, która lekko utrudnia orientację w terenie. Na szczęście są wydeptane już ślady.

Morskie Oko położone jest na wysokości 1395 m n.p.m. i jest największym jeziorem w Tatrach.
Ciekawa jest też historia związana z Morskim Okiem, mało brakowało, a należałoby dziś do Słowacji...
Z Morskim Okiem związanych jest wiele legend i przypowieści. Niektóre z nich są bardzo ciekawe i tajemnicze… Wśród nich znajdują się między innymi opowieści o tym, że:
Na dnie Morskiego Oka znajduje się zatopiona przed wiekami karczma.
Morskie Oko jest połączone podziemną rzeką z Wisłą, a niektórzy twierdzą że nawet z… Morzem Adriatyckim!
Szczyt Mnich to zamieniony w skałę zakonnik z Czerwonego Klasztoru, który chciał złamać zakonne śluby lecąc na zaprojektowanej przez siebie maszynie latającej (która również nie spodobała się Bogu…) do pasterki czekającej na niego nad Morskim Okiem.
Morskie Oko i inne okoliczne jeziora powstały z łez pięknej córki Morskiego – władcy okolicznych terenów, która, nieposłuszna swemu ojcu, wyszła za obcokrajowca…

Droga prosta, idzie się szybko, po piętnastu minutach od wyjścia ze schroniska jestem na drugim brzegu. Mimo mgły i śniegu tak mi się dobrze szło, że wszystkich zostawiłem w tyle.
Ale już tu pojawia się pierwszy gwóźdź do trumny. Drogowskaz  pokazuje trzy i pół godziny na szczyt. Przy moim wolnym tempie podchodzenia to będzie znacznie więcej... 
Po jakimś czasie dochodzi Artur, Michał gdzieś z tyłu. Powoli ruszamy i pniemy się w górę w kierunku Czarnego Stawu pod Rysami.
 W połowie drogi zakładamy raki. Jest dość ślisko, a po drugie nie ma się co męczyć, przed nami długa droga. Dość szybko jesteśmy nad kolejnym stawem, jak się potem okazało szliśmy skrótem. Śnieg i mgła lekko ustępuje. Przechodzimy znów środkiem Czarnego Stawu i szybko dochodzimy do drugiego brzegu. Tu czekamy na Michała. Mała przerwa na herbatkę i coś na przekąskę.

Czarny Staw pod Rysami jest zbliżone kształtem do koła, położone 
 na wysokości 1583 m n.p.m., czyli 188 m wyżej niż lustro Morskiego Oka.
Bezpośrednio nad jeziorem wznoszą się ściany Kazalnicy
 (wysokość ściany wynosi 576 m). Kocioł Czarnego Stawu otacza grań od Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego przez Wołowy Grzbiet, Rysy, Niżnie Rysy i Żabią Grań z Żabim Szczytem Wyżnim, Żabim Mnichem aż po Owcze Turniczki.

Od tego miejsca nabieramy już wysokości. Pniemy się w górę Zadnim Piargiem  i wchodzimy na Zadni Wołowy Źleb. Z okolicznych szczytów (Wołowej Galerii) sypią się lawiny. 


Spokojnie. To lawiny pyłowe, choć też niebezpieczne. Jeśli jest się zbyt blisko nich można się udusić. Ale jesteśmy w bezpiecznej odległości. Lawiny pyłowe powstają  bezpośrednio po obfitych, świeżych opadach śniegu, poruszające się z dużymi prędkościami (do 300 km/godz.) i tworzące wysoki welon pyłu śnieżnego, grożący uduszeniem.
Zaczyna robić się coraz bardziej jasno, mgła opada i jesteśmy prawie nad nią.


Podejście idzie mi jak zawsze... wolno. Artur wychodzi na prowadzenie, potem Michał, a ja za nim, czyli jak zawsze zamykam tyły. Po ósmej dochodzimy w okolice Buli pod Rysami. 


Tu chwila na przerwę, odpoczynek, herbatka i coś do zjedzenia. Specjalnie apetytu nie mam. Ruszamy dalej, widoki coraz fajniejsze. Jesteśmy nad chmurami, nawet słońce świeci. Robi się coraz bardziej stromo. Śnieg nawet stabilny, pokryty świeżą warstwą puchu, który czasem usypuje się spod nóg. Jeszcze kawałek idę z kijami, ale dochodzę do wniosku, że teraz bardziej przyda się czekan. Zdjęć robię mało, bardziej skupiam się na podejściu. Czas ucieka, robiąc zdjęcia opóźniałbym  podejście, więc na którą tam zajdę... na dwudziestą? Przed źlebem kolejna przerwa gdzie na mnie czekają. 


Co jakiś czas pojedyncze osoby mnie mijają, tłumów nie ma i to dobrze.
Przed źlebem chwila dłuższego odpoczynku. Nie wiem co mnie jeszcze czeka i jak daleko jeszcze. Ruszamy dalej. Źleb daje mi popalić i to bardzo. Pnę się dalej… parę kroków,  chwila oddechu, podziwiam widoki …  i dalej  do góry. Artur znika z horyzontu. Z Michałem trzymamy się razem, chyba też ma dość. Ci którzy nas mijali już schodzą. Ktoś nawet zrezygnował, a szkoda bo z tego co mówił miał blisko. Nie ukrywam że chwilami też miałem dość i też zastanawiałem się czy dam radę? Czasem takie myśli przechodziły mi przez głowę czy nie zawrócić?  W dodatku cały czas grała mi w głowie piosenka Sławomira ... „Ty stara cholero” albo „Miłość, Miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem...” Cały czas, non stop, albo piosenki albo myśli czy daleko jeszcze ....  i znowu myśl, a może faktycznie zawrócić? Odpowiedź była natychmiastowa... Czemu nie mam wejść, powoli wejdę nikt mnie nie goni, to nie zawody, idę po prostu swoim tempem. I cisza jakby ktoś wyłączył muzykę i myślenie. Teraz oczyszczam umysł. Uważam, że nie liczy się czas, lecz chęci pokonania swoich słabości... Bla... bla... bla... Dalej pnę się do góry... Co jakiś czas lecą kawałki zmrożonego śniegu, czasem obrywam nimi. Chwilę później... „Ty stara cholero...” Nosz... cholera jasna. Niech to ktoś wyłączy… Przerywa Michał krzycząc, że jeszcze około trzydzieści minut. Odpowiadam z uśmiechem... Trzydzieści minut wejścia według szlaku czy naszego tempa? Nastrój mnie nie opuszcza. Potem słyszę jak dobrze pamiętam, że pozostało z pięćdziesiąt metrów. Moja odpowiedź... Pięćdziesiąt metrów drogi czy w pionie? Zmęczenie daje się we znaki, ale humor nie opuszcza. Nie wiem ile jeszcze, ale szczyt i tak zdobędę. Dalej pnę się w górę ręka noga, noga czekan, dobrze, że nie głowa. To już jest tu. To ta przełączka krzyczy Michał. Jest faktycznie blisko, ale jeszcze to trwa chwilę zanim tam dotrę. Z przełączki jest już dosłownie chwila.
Docieram do przełączki, 


postanawiam zrobić tu krótka przerwę, łyk herbaty i gryz ciastka. Jeszcze się cieplej ubrać, bo jestem dość lekko ubrany, wolę żeby mi było lekko chłodno niż za gorąco. No to w drogę... Ostatnie metry dzielą mnie do szczytu. Łańcuchy są widoczne i zamrożone, ale można się ich trzymać. Dostaję energii, pewnie po tym ciastku. 
Widzę  Artura, który jak się okazuje jest na szczycie od godziny i Michała, który przed chwilą dotarł. Jednak nie idę od razu do nich. 
Postanawiam najpierw zdobyć główny wierzchołek Rys 2503 m n.p.m. 
Po dwunastej zdobywam najwyższy szczyt Rysów !!!!. 


 Obowiązkowe zdjęcie chodź niewiele na nim widać. 


Chwilę później można powiedzieć że schodzę i zdobywam Najwyższy szczyt Polski czyli Zimowy Dach Polski 2499 m n.p.m. Na szczycie wspólne zdjęcie


 i niestety pora... schodzić? Michał i Artur schodzą. Ja jeszcze zostaję... 


Herbatka ciasteczko... odsłaniają się piękne widoki... Wow. Ale tak jak szybko się pojawiają tak szybko znikają. Udaje mi się zrobić parę zdjęć. 


Pakuję aparat, przebieram kurtkę, chcę zakładać plecak... A tu ukazuje mi się widmo Brockenu. Moje czwarte. Szybko wyciągam aparat i robię zdjęcie, ale na zdjęciu wychodzi tylko plamka.


Jak głosi przesąd mówiący, że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci „odczynia urok”, co więcej – szczęśliwiec może się czuć w górach bezpieczny po wsze czasy... Ale o czwartym nie wspomnieli czy liczy się to od początku? 
Na szczycie jestem około dwadzieścia  minut, może dłużej. Pora schodzić. Pokonuję łańcuchy i szybko znajduję się na przełączce. Parę metrów niżej dostrzegam Michała, który walczy schodząc w dół, a Artur jest już spory kawałek niżej. Teraz to chyba najtrudniejsza część trasy do pokonania. Strome zejście, 


zaczynam schodzić przodem... Prawie do połowy źlebu, asekurując się czekanem. Mijam Michała i zostawiam go w tyle, Artur już całkiem zniknął. Idzie mi to sprawnie, lepiej niż podejście. W końcu postanawiam się odwrócić i iść przodem. Nie wiem która jest, ale ludzie dalej wchodzą do góry pytając jak daleko jeszcze…., jakiś czas temu byłem w podobnej sytuacji... Wychodzę z źlebu i kieruje się w kierunku Buli pod Rysami. Wydeptana ścieżka odchodzi w lewo, ja postanawiam iść na wprost. Skracam drogę... Kładę się i zaczynam zjeżdżać w dół asekurując się czekanem. Szybki zjazd pokonuje kilkadziesiąt metrów w kilka chwil. 


Doganiam Artura. Zatrzymujemy się oboje pod Bulą, gdzie jeszcze parę godzin temu robiliśmy przerwę.  Trzeba zaczekać na Michała. Jak się dowiadujemy od osób schodzących, Michał jeszcze jest gdzieś w połowie źlebu. Czekamy pół godziny. Dzwoń do niego  - mówię. Może chwyci zasięg. Jest. Jak Ci idzie? Powoli ale idę... Nie czekajcie, powoli zejdę... Ok to idziemy... Ja dalej zjeżdżam w dół tyle ile się da, potem już tylko schodzenie na nogach. Docieramy do Czarnego Stawu. Dzwonimy jeszcze raz pytając czy wszystko ok?
Przechodzimy przez Czarny Staw i schodzimy w kierunku MOK-a. Ostatnia prosta do schroniska. Zmęczony, ale szczęśliwy docieram do schroniska nad Morskim Okiem. Jest około szesnastej. Michał dociera dopiero po półtorej godzinie, ale cały czas utrzymywaliśmy z nim kontakt. Potem już zasłużone piwo i rozmowy w schronisku z nowo poznanymi osobami... a potem już tylko spać.

Następnego dnia wstaję po siódmej. Noc tym razem spokojniejsza. Poranne śniadanie w schronisku, jajecznica. Zastanawiamy się co robić, bo pogoda jest piękna.  
Z północnego brzegu jeziora rozpościerają się piękne, wysokogórskie widoki.


Na północny zachód widać między innymi Opalony Wierch i Miedziane, na południowy zachód – Mnicha i Cubrynę, na południe – Mięguszowieckie Szczyty, Kazalnicę, Wołowy Grzbiet, Wołową Turnię, Żabią Turnię Mięguszowiecką, Żabiego Konia, na południowy wschód Rysy, Niżnie Rysy, Kopę Spadową, Żabi Mnich, a na wschód – Żabi Szczyt Niżni, Żabią Czubę oraz Siedem Granatów.


Widoki kuszące, ale nikomu się nie chciało. Postanawiamy wracać. Główny cel został zrealizowany. Kierunek Palenica Białczańska i do domu…


Więcej zdjęć  


Komentarze

Popularne posty