Končistá 2 538 m m.p.m.
Znów dopadł mnie „Tatrzański Głód”. W
dodatku prognozy zapowiadały piękna słoneczną pogodę, więc głód był jeszcze
większy…
Zatem… Z ekipą przyjechaliśmy do
miejscowości Vyšné Hágy 1125 m n.p.m., skąd po trzeciej
wyruszyliśmy, kierując się żółtym szlakiem, który prowadzi w stronę
Batyzowieckiego Stawu (Batizovské pleso 1884 m n.p.m.). Było
minus piętnaście stopni, ale temperatura odczuwalna … oj, wolę nie myśleć o
niej. Tak czy owak było dość zimno. Szlak prowadził przez dolinę Malej Hučavy. Weszliśmy
w las, aby po dłuższym czasie dotrzeć do piętra kosówki. Powoli robiło się coraz jaśniej, a niebo
stawało się krwiste.
O szóstej dziesięć wyłoniło się czerwoniutkie
słonko.
Było dość zimno, ale wiedzieliśmy, że kiedy słonko się rozświetli to może
będzie cieplej. W końcu po około trzech godzinach przecięliśmy czerwony szlak
Tatrzańskiej Magistrali. Przed nami słonko, a z tyłu jeszcze mocno świecący
księżyc.
Można powiedzieć, że znaleźliśmy się między dniem, a nocą. Mogliśmy
podziwiać piękne widoki na zachodnia ścianę Gerlacha z Batyzowieckiej Doliny,
za plecami mieliśmy Niżne Tatry i dobrze widoczną Kráľova hoľa,
a przed nami...
Droga zaczęła się coraz
bardziej piąć pod górę. Przekroczyliśmy Magistralę i weszliśmy na południową
grań Kończystej, która z kroku na krok prowadziła coraz mocniej w górę.
Grań Kończystej na południe od szczytu
przechodzi w szeroki grzbiet rozdzielający doliny: Dolinę Batyżowiecką
(Batizovská dolina) – od zachodu i Dolinę Stwolską (Štôlska dolina) – od wschodu.
Tam zaczęła się walka, walka nie z górą, lecz
z oddechem. Reszta ekipy pognała do przodu zostawiając mnie daleko w tyle... W
sumie już się do takich sytuacji się przyzwyczaiłem. Idę zawsze swoim tempem, co
jakiś czas robiąc krótkie postoje. Chwilę odpoczynku i dalej pod górę i tak, co
kilka chwil.. Wtedy podobnie. Stopniowo pokonywałem kolejne metry, będąc coraz
wyżej.
Po pewnym czasie grań spiętrzyła się,
pojawiły się pierwsze turnie i turniczki, czyli grani Kończystej.
Ominąłem grań
z lewej strony, to chyba Pasternakowe Czuby,
ale nie byłem pewien i po
niedługim trawersie dotarłem do miejsca, gdzie widać partie szczytowe, ale do
szczytu był jeszcze kawałek.
W końcu ukazał mi się szczyt i Kowadełko.
Jeszcze trochę zostało, ale wiedziałem, ze dam radę, byłem tak blisko. Ostatnie
metry i stanąłem na Wyżnych Pasternakowych Wrótkach (Vyšná Pastrnakova branka),
które wcinają się pomiędzy północnym i południowym wierzchołkiem Kończystej. To
prawie szczyt. Na południowym, wyższym wierzchołku znajduje się duży blok
skalny nazywany Kowadłem (Nákova) albo Koniem Jármaya (Jármaiho stôl).
Żeby osiągnąć szczyt trzeba było się jeszcze
przejść po cienkiej płycie i odrobinę wspiąć.
Nie było, na co czekać, ruszyłem… Przeszedłem
po cienkiej płycie, z której z jednej strony jest przepaść, a z drugiej strony
stromo w dół, jeden nie ostrożny ruch i... Parę kroków i już stałem przy
Kowadełku. Teraz pozostało się tylko wspiąć na około trzy metry. Wbiłem czekan podciągam
się, opieram jedną nogę, druga o wystający głaz, a następnie zarzuciłem nogę na
krawędź na poziomą części głazu i po chwili stałem na Kowadełku - czyli najwyższym
punkcie Kończystej. Končistá 2538 m n.p.m. została zdobyta.
Nazwa Kończystej pochodzi od jej kształtu
widzianego od południa i oznacza spiczasty, czubaty. Pierwszego zimowego
wejścia dokonał Alfred Martin, 17 lutego 1906 roku, ja zdobyłem go tydzień po
nim, tylko, że 112 lat później.
Zdjęcie na szczycie wykonały mi przypadkowe
osoby. Teraz czekało mnie zejście. Zejście nie jest specjalnie trudne, ale
jakieś emocje mu towarzyszą. Znów wbiłem czekan i na nim lekko się opuściłem, dobrze celując nogami na odpowiednie miejsca.
A ekipa?
Jakąś dobrą godzinę czekali na mnie pod
szczytem. W trakcie moich ostatnich
metrów zdobywania góry zaczęli schodzić. Długo nie zabawiłem na szczycie, a
szkoda. Tyle, co wejście na Kowadełko zdjęcie, chwilę postałem… I pora była schodzić.
W sumie byłem tam około dwadzieścia minut, może trzydzieści. Szczyt zdobyty,
radość też jest, ale jakoś to do mnie nie docierało. Zmęczenie i to potworne
bardziej dawało się we znaki. Jeszcze chwilka, łyk napoju, który podczas
nocnego wejścia zamarz, był już do picia, coś jeszcze przekąsić i pora na
powrót.
Droga powrotna na dół na parking do
samochodu, to już obowiązek, od którego nie mogłem się wykręcić, gdyż trzeba
było wracać do domu.
Zejście to samą drogą, która mimo zmęczenia
szła mi o wiele lepiej...
Nie da się tego jakoś wypośrodkować, by
podejścia były troszkę szybsze, a zejścia nieco wolniejsze. Może trzeba jakąś
śrubę podkręcić czy coś? Schodziłem dłuższą chwilę, asekurując się czekanem.
Dopadło mnie z męczenie okropne, musiałem stanąć i odpocząć, bo ruszenie w
dalszą drogę groziło dużym ryzykiem. Po prostu czułem, że nie dam rady. Zrobiłem
postój, znalazłem wygodny kamień parę metrów od stromo, opadającego zbocza.
Czemu akurat tam? Bo kamień był wyprofilowany specjalnie na mnie. Położyłem
się... Och, jak słonko fajnie grzeje, nigdzie się nie ruszam, zostaje tu.
Zbuduje sobie z kamyczków domek i zamieszkam sobie tu – pomyślałem. W dodatku
widoki cudne. Nie da się tego opisać, tego, co wtedy widziałem, to trzeba
przeżyć.
Zadzwonił telefon. -Gdzie jesteś? -Zapytał
głos w słuchawce.
- Minąłem dwa takie
wierzchołki obok siebie gdzie na jednym jest wbity drewniany kij, a teraz robię
przerwę – odpowiedziałem.
- To za chwilę powinieneś mieć już proste
zejście, nieźle ci idzie. My jesteśmy niedaleko -usłyszałem z drugiej strony.
Okazało się, że są niedaleko. - Aż tak
nadrobiłem?- Pomyślałem. Zebrałem się i ruszyłem, a po chwili odsłonił mi się
cały widok grani i dostrzegłem ekipę. Znajomi byli spory kawałek ode mnie,
próbowałem ich dogonić, ale w sumie nie miało to sensu, zszedłem bokiem grani i
dotarłem na Magistralę. Byłem naprawdę blisko nich. Wszedłem na żółty szlak i
dosłownie padłem. Odmówiło mi pracy wszystko… Nie miałem siły iść, miałem chęć
się położyć i nie ruszać. Zrobiłem przerwę... nawet nie wiem, która była godzina, ważne, że
zszedłem z grani i nie byłem w trudnym terenie, wiec mogłem spokojnie odpocząć
i schodzić dalej...
Po dłuższej przerwie ruszyłem. Jakoś siły wracają, można było iść dalej. Chwilę przed siedemnastą dotarłem na Parking…
Po dłuższej przerwie ruszyłem. Jakoś siły wracają, można było iść dalej. Chwilę przed siedemnastą dotarłem na Parking…


Komentarze
Prześlij komentarz