Zlomisková dolina



Ostatni wypad w Tatry nieco mnie wykończył. To było niejako pożegnanie tatrzańskiej zimy z spektakularnym wejściem na Kończystą.
Minął już z dobry miesiąc, a mnie w Tatrach wciąż jeszcze nie było. Dlaczego tak się stało? Pogoda nawet odpisywała. Wiec, dlaczego!? Strach, lenistwo, brak czasu…? 
Nie, nic z tych rzeczy! Na nizinach pogoda przez ostatnie tygodnie dopisywała, więc trzeba było otworzyć sezon wspinaczkowy na Jurze. Co tydzień weekend spędzałem na Jurze i wspinałem się. Ostatnio nawet był tam jurajski biwak z nocnym ogniskiem. 


Ale w końcu trzeba było jechać w Taterki przywitać w nich wiosnę i wdrapywać się na Tatrzańskie szczyty, czasem walcząc ze swoimi słabościami.

Nadszedł ten długo oczekiwany dzień. Trzyosobowy zespól, licząc już siebie wyruszył na wyprawę górską. Wystartowaliśmy przed drugą w nocy z Gliwic i pojechaliśmy na Słowację. A dokładnie na Popradské Pleso, gdzie dotarliśmy przed szóstą. W aucie była jeszcze chwila drzemki i około w pół do siódmej ruszyliśmy w kierunku stawu, szeroką asfaltową drogą. O ósmej trzydzieści byliśmy nad popradzkim stawem. Chwila na oddech i ruszyliśmy dalej, idąc jeszcze kawałek czerwonym szlakiem w kierunku Osterwy, by po chwili skręcić i wejść w wąską ścieżkę biegnącą w kosówkach.  Szliśmy wzdłuż Zmarzłego potoku, by wejść w Dolinę Złomisk. Droga na początku była oczywista, nie da się tam zgubić. Dopiero jak wyszliśmy na małe wypłaszczenie,  Złomiskową Równień, gdzie jest rozlewisko Zmarzłego Potoku, tu już można było poczuć się zagubionym. 


Tu zaczęła się zabawa, szukaliśmy kamiennych kopczyków,


gdy ich nie widzieliśmy kierowaliśmy się w stronę naszej góry.


Nazwa Doliny Złomisk pochodzi od tego, że cała dolina zawalona jest duża ilością skalnych złomów. Pierwsze przejście turystyczne odnotowano w 1860 roku i dokonał go B. Łoś raz z przewodnikiem Jędrzejem Walą starszym. Turyści zaczęli tu pojawiać się po 1874 roku, kiedy odkryto przejście przez Żelazne Wrota.  Szczyty dookoła pokryte są chmurami, gdzie nie gdzie czasem się przejaśnia, nawet mocno przyświeca chwilami słońce. W dzień wyprawy prognozy zapowiadały przelotne opady deszczu, a nawet burze. Ale na szczęście nie wyglądało na to. Dolina Złomisk stanowi boczne odgałęzienie Doliny Mięguszowieckiej, z którą łączy się przy Popradzkim Stawie. W linii prostej liczy ona ok. 2,5 km, licząc od Popradzkiego Stawu do podnóża Wschodnich Żelaznych Wrót. Otaczają ją szczyty m.in.: Tępa (2293 m n.p.m.), grań Kończystej (2540 m n.p.m.), 
 

Zmarzły Szczyt (2400 m n.p.m.), a dalej Wysoka (2565 m n.p.m.) oraz Kopa Popradzka (2362 m n.p.m.) . A także Ganek (2462 m n.p.m., należący do Wielkiej Korony Tatr), na który właśnie zmierzaliśmy.


Wracając, do wyprawy, szliśmy dalej, podziwiając Dolinę Złomisk i okoliczne szczyty.
Nawet dostrzegliśmy grasujące świstaki, które jak szybko pojawiają się tak szybko znikają. Powoli dochodziliśmy pod ścianę po rumowiskach skalnych, które towarzyszyły nam prawie przez cały czas. Pogoda się poprawiała, mało chmur, słoneczko świeciło, ale było chłodno, możliwe, że chłód ciągnął od śniegu, który był nami. Musieliśmy przejść wielki płat śniegu i już musiał pójść w ruch czekan, by dostać się pod samą ścianę.  Tu zaczęła się mała wspinaczka. Poszedłem pierwszy, dość szybko pokonałem trudności. Reszta miała małe problemy. Ja podszedłem jeszcze wyżej i zatrzymałem się na wysokości 2238 m n.p.m., według wskazania GPS-u. Czekałem na resztę, trochę im to zajęło, bo próbowali podejść z innej strony. Źleb nie wygląda ciekawie. Można próbować, ale nie wiadomo, co nas czeka dalej.  Zszedłem niżej do reszty.  


 Dalsza droga mijała się z celem. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że robimy wycof.


Kolejna lekcja do odrobienia. Uważam, że parę czynników miało na to wpływ. Takich jak to, że dość późno wyruszyliśmy, nie jestem mistrzem w podejściach i zajmuje mi to trochę więcej czasu, poza tym nie przestudiowaliśmy dobrze TOPO. Wszyscy muszą mieć dobrą wiedzę jak iść, nie tylko jedna osoba. Przyznam się, nie przygotowałem się. I jeszcze brak liny, która leży sobie w domu. Może by się nie przydała, ale lepiej ją mieć. Z każdej wyprawy górskiej wyciąga się jakieś lekcje czasem małe, czasem duże tak jak teraz.  Lepiej się wycofać niż iść i narobić sobie problemów. Góra nie ucieknie.
Może głupie tłumaczenie, ale tłumacze się tym, że Tatry się obraziły na mnie, bo dawno nie byłem i od razu mi pokazały, kto tu rządzi. Więc obiecuję, że będę częściej jeździć. Nawet jeszcze w tym miesiącu będę! Kto wie może to będzie powtórka z odrobionej lekcji.
Tymczasem, schodziliśmy po płacie śnieżnym, zatrzymując się kawałek dalej na kamieniach, których nie brakowało. Chwilę przysiedliśmy i dyskutowaliśmy.  Ruszyliśmy dalej, jedni smutni, jedni rozczarowani, inni zdenerwowani. Ja natomiast miałem uśmiech na twarzy. Spytacie, dlaczego, przecież się nie udało!? Osobiście nie traktuję tego, jako porażki, ale jako lekcje, widać, że trzeba się jeszcze bardziej podszkolić. Ważne jest to, że znów byłem w Tatrach. Schodziliśmy dalej w dół, po drodze jeszcze czekała nas krioterapia. Aż palce z paznokciami wykręcało, co za ból!   


Ale potem nogi jakby same latały. Dotarliśmy do jeziora, a w hotelowym schronisku zamówiliśmy jedzenie. Ja wybrałem Česnečková Polévka i Bramborové knedlíky polane sosem. Po dziewiętnastej ruszyliśmy w stronę parkingu, zaglądając po drodze na symboliczny cmentarz.  

Pomysłodawcą i założycielem Cmentarza był czeski taternik i malarz Otakar Štáfl. Projekt tego miejsca powstał już w 1922 r., natomiast otwarto go w sierpniu 1940 roku. Pierwotnym celem twórcy było zgromadzenie tablic rozsianych po Tatrach, ustawianych przez bliskich osób, które poniosły śmierć w górach.

Motto tego miejsca: ” Mŕtvym na pamiatku, živým pre výstrahu
 (Umarłym na pamiątkę, żyjącym ku przestrodze)”.



 Po zmierzchu dotarliśmy na parking i ruszyliśmy w drogę powrotną do domów.


Więcej zdjęć 

Komentarze

Popularne posty