Kolový štít 2418 m n.p.m.
Piątkowa popołudniowa drzemka jakoś mnie nie zregenerowała,
w końcu i tak spać nie mogłem. Czym bliżej dwudziestej trzeciej tym zmęczenie
narastało. Coraz bardziej przypominałem Zombie.
A pogoda... To była jedna
wielka loteria, ale i tak postanowiliśmy wraz z ekipą pojechać gdzieś. A gdzie?
No jak to gdzie? W Tatry! A dokładnie to sami nie wiedzieliśmy, wszystko miało
okazać się na miejscu, bo pomysłów było dużo, że ho, ho. No to w drogę! Gdzieś
w okolicy Nowego Targu już padało i to dość mocno. Wycieraczki, co prawda
nadążały wycierać, ale myśli wszystkich skierowane były, na co innego... Nikt
się nie odzywał, ale było można było poczuć napięcie, każdy przeklinając, gadał
coś pod nosem i zadawał pytanie „Czy musi padać?”.
Chwilę przed piątą zatrzymaliśmy się na parkingu Biela
Voda, gdzie biegnie żółty szlak do Chata pri Zelenom plese. Deszcz nie przestawał padać, może tylko chwilami
padał mniej, a nawet mżył. Siedzieliśmy w aucie i myśleliśmy, co robić.
Propozycji było dużo. Szatan, Wysoka, a może Koprowy? W ogóle na Koprowy jakoś
dojść nie potrafię, bo zawsze pogoda zła, a chciałbym mieć tam super warunki i
przy okazji zrobić mały rekonesans, ale na razie cisza o tym. „To chodźmy na
Kołowy!” - padła propozycja. Siedzieliśmy jeszcze chwilę w aucie, ja trochę
drzemiąc. W końcu przestaję padać. „Ok ruszamy!” – Zapadła decyzja. W międzyczasie zebrała się jakaś wycieczka,
która szła na Jagnięcy. Ruszyliśmy w kierunku Muminkowej doliny, czyli Zelené pleso Kežmarské. Chwilę przed szóstą ruszyliśmy, by mieć wycieczkę za
sobą. Szlak piął się lekko w kierunku schroniska. Ja oczywiście zamykałem tyły,
tracąc powoli resztę z pola widzenia. Trudności na szlaku nie było żadnych,
jedynie mój oddech. Sapałem jak parowóz. Szedłem po prostu swoim tempem. Po
jakimś czasie wycieczka zaczęła deptać mi po piętach, aż w końcu pod koniec
wyprzedzili mnie. Przed ósmą doszedłem do schroniska,
gdzie już na mnie czekała
reszta ekipy. Jak się okazało też nie dawno przyszli. Czyli nie jest tak jeszcze
źle ze mną! Zrobiliśmy dłuższy odpoczynek, prawie godzinny. Można by tak
siedzieć do wieczora!
A w sumie
to, czemu nie… Ale! My mieliśmy ambitny plan i chcieliśmy go wykonać.
No, więc
w drogę! Pogoda, rewelacja, każdy już zapomniał o porannym deszczu.
Na Kolový štít
nie prowadzi żaden szlak. Obeszliśmy staw z lewej strony, a potem chwilę szliśmy
między kosówkami, by wyjść na piarżysty teren.
Wyszliśmy w pobliżu Dzikich
Siklaw,
gdzie musieliśmy przejść rwący potok. Tu zaczęliśmy stromą wspinaczkę,
gdzie
chwilami pomagały łańcuchy. Chwilami ich nie było, więc trzeba sobie radzić
samemu. Ale prawie cała droga ubezpieczona była łańcuchami w trudniejszych
momentach, nawet pojawiło się coś na kształt drabinki,
która się cała chwiała,
nie wiem czy bardziej to nie było utrudnienie niż ułatwienie.
Co jakiś czas
robiliśmy przerwy, trzymaliśmy się razem, a jak za bardzo zostawałem w tyle to reszta czekała
na mnie. Nie ukrywałem nigdy, że podejścia mam wolne, ale i tak nigdzie mi się
nie spieszy. Łańcuchy się skończyły
i zaczęły się rumowiska skalne z piargami i
gdzie nie gdzie śliskie trawki.
Podążaliśmy dalej Doliną Jastrzębią. Ukazała się
nam nasza góra.
Pomyślałem sobie „to jeszcze kawał drogi”, ale i tak powoli
zmierzałem w jej kierunku. W oddali widać jak dwa kamziki, bawiły w śniegu.
Najgorszy odcinek to podejście pod samą Czarną Przełęczą (Čierne sedlo 2266m) .
Piargi usypujące się z pod nóg i pełne skupienie, by nie polecieć kawałek z
nimi. Było to bardzo męczące, a już i tak byłem zmęczony. W końcu udało się
dojść na przełęcz, z której widać było tylko chmury. Zobaczyliśmy tylko część drogi,
którą pokonaliśmy, a za nami otchłań - przepaść. Na przełęczy zrobiliśmy
kolejną dłuższą przerwę. Pomyślałem sobie, że ja tu zostaje i nigdzie się nie ruszam. Z przełęczy w lewo idzie się na
Czarny szczyt około półtora godziny, a w prawo około trzydziestu minut na nasz
szczyt. Widoczność była w miarę, lecz szczytu nie było widać, wszystko w
chmurach. Trochę odpocząłem wiec jakoś udało się naładować energii. Można iść
dalej! Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy
na lekko. Kierowaliśmy się po kopczykach, jak w sumie od samego początku,
czasem tylko trzeba było ich wyszukiwać.
Chwilę przed piętnastą zdobyłem Kolový
štít,
szczyt o wysokości 2418 m n.p.m.
Nazwa szczytu pochodzi od Kołowego Stawu,
położonego w Dolinie Kołowej. Dawniej szczytowi nadawano też inne nazwy: Kołowy
Wierch, Czerwonostawiański Szczyt (od Czerwonego Stawu w Dolinie Jagnięcej).
Od
razu zmęczenie przeszło. Pojawił się
uśmiech na twarzy i opanowała mnie radość. Udało się, po morderczej drodze
przyszła nagroda, stanąłem na szczycie. Zrobiliśmy zdjęcia, ale widoków
niestety nie było. Wszystko w chmurach, a szkoda, bo interesowało mnie, co jest
po drugiej stronie i jak daleko na Jagnięcy. Kołowy Szczyt wznosi się
bezpośrednio ponad trzema dolinami, którymi są:
-na południowym zachodzie: Dolina Czarna Jaworowa,
-na północy: Dolina Kołowa i jej górne piętro, Bździochowa Kotlina,
-na wschodzie: Dolina Jastrzębia, którą wchodziliśmy.
-na południowym zachodzie: Dolina Czarna Jaworowa,
-na północy: Dolina Kołowa i jej górne piętro, Bździochowa Kotlina,
-na wschodzie: Dolina Jastrzębia, którą wchodziliśmy.
Jedynie
Łomnica ukazała się, jakby wysyłała zaproszenie, krzycząc do nas: „Zapraszam
teraz do mnie!”.
„Może nie dziś, ale innym razem zaproszenie przyjmę”-pomyślałem.
Siedzieliśmy dłuższą chwilę, ale trzeba było powoli się zbierać do zejścia, a
kawałek drogi był jeszcze przed nami. Schodziliśmy prawie tą samą drogą do
przełęczy i tu znów była krótka chwila odpoczynku i dalsze zejście. Przed nami
usuwające się piargi, ale jakoś daliśmy radę. Nie było tak źle jak sądziliśmy. Kierowaliśmy
się znów po kopczykach,
ale i tak zeszliśmy z drogi i musieliśmy kawałek
zawrócić. Od dłuższego czasu ktoś za nami podążał.
Czekały nas jeszcze łańcuchy, ale dość sprawnie poszło.
Do schroniska
dotarliśmy jeszcze za widoku, chwilę po dziewiętnastej. Chcieliśmy coś zjeść, niestety czosnakovej
nie było, tylko kalafiorowa, która ani wyglądzie ani w smaku nie przypominała tego,
czego się spodziewaliśmy.
W dodatku tłusta jakby ktoś tam kostkę smalcu
wrzucił. Całej zjeść się nie dało. Chwilę po dwudziestej ruszyliśmy w kierunku
parkingu. Według szlaku mieliśmy dwie i pół godziny na parking. Tempo było szybkie,
a zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki, każdy już chciał być na dole. W
końcu… Chyba wszyscy byli wykończeni. Na parking dotarliśmy po zmroku. Ja najchętniej położyłbym się spać, ale czekała mnie
jeszcze jazda autem, około dwadzieścia kilometrów do Smižan, gdzie już prędzej był zarezerwowany
nocleg. Już nie mogłem się doczekać wygodnego łóżka. Udało się dojechać. Szybkie
zakwaterowanie, równie szybki prysznic i nawet nie zdążyłem przyłożyć głowy do
poduszki, a już spałem.
Nie
mając ustalonych planów na kolejny dzień, wstaliśmy przed dziewiątą. Dość
szybko się ogarnęliśmy i pojechaliśmy na poranne zakupy na śniadanie do Tesco.
Nie powiem! Śniadanie mistrzów!
Po śniadaniu jedynym, co się marzyło rozwiesić
hamak i się położyć. Więc postanowiliśmy tak zrobić. Było lajtowo. Pojechaliśmy
do miejscowości Spišské Tomášovce oddalone aż sześć kilometrów od naszego noclegu.
Stąd prowadzi czterdziesto-pięciominutowy szlak nad przepaść, czyli Tomášovský výhľad. W pobliżu rozłożyliśmy hamaki
i tym oto sposobem staliśmy się atrakcją turystyczną.
Spędziliśmy tam całe
popołudnie. Zebraliśmy się dopiero po szesnastej i skierowaliśmy w stronę
naszych domów...


Komentarze
Prześlij komentarz