Nízke Tatry



Nadszedł kolejny weekend i  pomysły do głowy. Gdzież tym razem się wybrać, na jaki wejść szczyt? Niestety w Tatrach padało od kilku dni. Ulewy powodowały podtopienia szlaków, małe potoczki zamieniły się rwące potoki, niszcząc wszystko, co napotkały na swojej drodze. Większość szlaków została zamknięta, pozrywane drewniane mostki, niektóre schroniska odcięte od świata. 
I co tu robić? Ja chce w góry! 
A może by tak Mała Fatra? Malý i Veľký Rozsutec, Chleb i Veľký Kriváň? 
Hmm… Trasa biegnie też potoczkami i też może być wszystko pozalewane. Chyba nic z tego. Chyba trzeba będzie odpuścić... 
A może tak Tatry, ale Nízke?
Wyjazd dość późno, a trasa dłuższa. Wystartowałem z ekipą przed trzecią. Droga dłużyła się, do pokonania mieliśmy 300 kilometrów. Po drodze było parę przerw i w końcu po ósmej jak dobrze pamiętam dotarliśmy na miejsce, czyli na parking dolnej stacji kolejki gondolowej na Chopka (Krupová) w pobliżu miejscowości Transgoška. W samochodzie była jeszcze chwila drzemki. Powoli leniwie w końcu się zebraliśmy. Była już prawie dziewiąta. W sumie nie pamiętam, żebym tak późno wyruszał w góry. W głowie tlił mi się pomysł, a może by tak wjechać kolejką  do góry? Nie, nie, nie. Zaraz ten pomysł został mi ugaszony w głowie. Była to tylko luźna myśl. Czasem każdy wpada na jakiś pomysł bez zastanowienia. Jak już będzie ze mną tak źle to wtedy może wjadę. 
A my tymczasem ruszyliśmy w drogę. Niby to szlak, ale bardziej jakaś pseudo droga lub nartostrada. Ważne, że kierowaliśmy się w dobrą stronę. Nie było żadnego oznaczenia, ale wiem, że szliśmy dobrze. Szlak dość łagodnie piął się, nie sprawiając mi dużych problemów. Szedłem sobie swoim tempem. 
 

 Chwilę po dziesiątej dotarliśmy na Medzistanica 1500m n.p.m., gdzie znajduje się stacja przesiadkowa kolejki i Chata Kosodrevina. Podobno największy ośrodek narciarski na Słowacji.
Zrobiliśmy dłuższą przerwę, nie spiesząc się, mimo że późno wyruszyliśmy. Po jedenastej poszliśmy dalej, kierując się żółtym szlakiem,
 

 a potem  pseudo drogą w kierunku Dereše 2004m n.p.m., który zdobyliśmy przed trzynastą.


Jest to szczyt leżący w głównym grzbiecie Niżnych Tatr. Wznosi się nad trzema dolinami; od południa nad doliną Zadniej Wody (Zadná voda będąca odgałęzieniem Doliny Demianowskiej), od północy nad Doliną Bystrej (Bystrá dolina) i Vajskovską doliną.
W kierunku wschodnim odcinek głównego grzbietu niżnotatrzańskiego wznosi się nieznacznie ku Chopokowi. W kierunku zachodnim odcinek głównego grzbietu niżnotatrzańskiego opada łagodnie na dłuższym odcinku ku przełęczy pod Poľaną (1837 m). Stoki południowe są dość strome, lecz słabo rozczłonkowane i opadają równomiernie ku przełęczy Przysłop (1518 m). Stoki północne są bardzo strome, opadają pionowymi ścianami i głębokimi źlebami ku klasycznie uformowanym kotłom polodowcowym w zamknięciu doliny Zadniej Wody 
(źródło: Internet).
Tu zrobiliśmy kolejną przerwę i ruszyliśmy w dalszą drogę. 


Chopok, czyli kolejny szczyt jest praktycznie na wyciągniecie ręki i rzeczywiście po dłuższej chwili, czyli około czternastej dotarliśmy do podnóża góry, zatrzymując się pod Kamenná chata pod Chopkom.


Jest trzecim najwyżej położonym schroniskiem górskim na Słowacji po Chacie pod Rysami i schroniskiem Téry'ego w Tatrach Wysokich.
Służyło pierwotnie jako kamienna noclegownia dla robotników na budowie kolejki górskiej. Jako schronisko zaczęło działać w 1996, w 2003 został dobudowany drewniany taras, a 3 lata później zaczęła się gruntowna rekonstrukcja, podczas której wybudowano poddasze. Obecnie oferuje nocleg dla 25 osób w sali zbiorowej.
Schronisko położone jest na 1985m n.p.m. i jest wyjątkowo usytuowane, tylko kilkadziesiąt metrów od górnej stacji kolejki gondolowej.
I tu znów mieliśmy odpoczynek. Mam wrażenie, że więcej było odpoczynków niż chodzenia.
Od szczytu Chopka dzieliło nas tylko prawie czterdzieści metrów w pionie. Droga nietrudna, wręcz banalna. W ciągu chwili znaleźliśmy się na szczycie. Była prawie piętnasta.


Chopok, czyli nasz kolejny dzisiaj szczyt znajduje się na wysokości 2024m n.p.m.
Najczęściej podawany za drugi pod względem wysokości szczyt niżnotatrzański, jednak według niektórych źródeł jest dopiero trzeci, po Štiavnicy 2025m n.p.m.
Ludzi nie za wiele, lecz jak byliśmy na Dereszach to widzieliśmy ich sporo. Po raz kolejny zrobiliśmy przerwę, albo po prostu relaks.


Chopok jest charakterystycznym szczytem, o kształtnej kopule szczytowej, „usypanej” z wielkich skalnych bloków. Ku północy opada stromymi ścianami skalnymi, porozdzielanymi licznymi filarami i żlebami, do Doliny Demianowskiej (a ściślej: do jednej z jej górnych odnóg, zwanej Luková dolina), zaś ku południu – dość stromymi, choć gładkimi i słabo rozczłonkowanymi stokami do Doliny Bystrej (Bystrá dolina)
Na szczycie spędziliśmy z dobrą godzinę. Pogoda, bo w sumie nic o niej wcześniej nie wspominałem, była rewelacyjna. Chwilami gorąco, na grani wręcz przyjemnie. Taki przyjemny chłodzik, lecz gdy się robiło przerwy robiło się trochę chłodniej i trzeba było coś na siebie ubrać.  Pora była ruszać dalej, a nasz kolejny szczyt już czekał na nas.


 Wydawał się bardzo daleko, a może blisko...  Poszliśmy jeszcze na górną  stację kolejki, by zobaczyć smoka. 


Tak smoka, lecz nie prawdziwego, tylko rzeźbę.


Dorwałem na jasna.sk ciekawą legendę o Demianie i zaklętej Dolinie Demianowskiej, a jak wiadomo w każdej legendzie jakieś ziarnko prawdy jest.
„O Dolinie Demianowskiej od dawna mówiło się jako zaklętej. Była długa, ostre skały wznosiły się na wysokość. Potok w niej huczał, jakby przez niego pobrzmiewały wnętrzności ziemi. Ludzie ze strachem mówili, że z obu stron jest poprzeplatana podziemnymi korytarzami z niewidocznymi skarbami strzeżonymi przez sześciogłowego smoka. Cała dolina wyglądała jak opuszczony cmentarz. Pewnego razu do doliny przybył młody siłacz Demian. Ludzie ostrzegali go ze strachem przed smokiem. Ciekawość nie dawała mu jednak spokoju. Pasterz powiedział mu, że smok, co piątek rano wychodzi nad jeziorko i wypija je do dna. Doradził mu, aby zwrócił uwagę na trzecią najstraszniejszą głowę. W ten sposób Demian wybrał się do doliny i dobrze obejrzał jamy, które potwór zamieszkuje. Kiedy całkiem się przybliżył, smok go obwąchał i ze wszystkich nozdrzy zaczął wypuszczać gorącą parę.  Demian wycofał się i wrócił na wieś. Minęło kilka dni i młodzieniec ponownie wspiął się na wysokie głazy, aż nad jeziorko, z którego smok wypijał wodę, przy którym odkrył olbrzymi pochylony głaz. Obejrzał go dokładnie i wymyślił zwycięski plan. Przyniósł na plecach wielką maczugę, cichutko przygotował legowisko i spokojnie położył się spać. Zanim zaczęło świtać, przemył się rosą i cierpliwie czekał, aż usłyszy nieprzyjemny szum, a ponad niego wzlecą pary siarki. Nagle olbrzymi potwór spuścił głowy do jeziorka i zaczął wielkimi łykami pić wodę i mlaskać. Demian szybko oparł się o skałę i zrzucił ją na środkową głowę smoka, aż mu ją zmiażdżył. Potwór machnął żywo ogonem, tak że wokół zatoczyły się skały. Demian szybko ciężką maczugą porozbijał pozostałe głowy smoka. Wszedł do podziemnego korytarza – zaskoczyło go bogactwo, które w nim ujrzał. Zdecydował, że nikomu nie pozwoli z niego nic zabrać, aby podziemne piękno było radością dla wszystkich. Wrócił na wieś i opowiedział ludziom o wszystkim. A potem się ożenił i żył w jaskini jak porządny człowiek. Po jego śmierci mówiono, że Demian zmienił się w smoka, który od tego czasu strzeże całej doliny. Z wdzięczności nazwano jaskinię i wieś Demianową – Demianowską”.
Ruszyliśmy dalej o w pół do siedemnastej spod Kamiennej Chaty i skierowaliśmy się brukowanym skalnym chodnikiem. 
 

Trochę z górki, trochę pod górkę. Po drodze spotkaliśmy kamzíki, które zaciekawiły się naszą obecności, tak samo jak my. 


Tu nastąpiła chwila na zdjęcia i chęć nawiązania kontaktu, lecz kamzíki były zajęte skubaniem trawki.
Ostatnie podejście, pod koniec troszkę było stromiej, ale nie było aż tak strasznie. Nawet zmęczenie nie doskwierało mi aż tak. W końcu przed dziewiętnastą stanęliśmy na audiencji u Króla. Dumbier, bo tak nazywał się król przywitał nas słonecznie, w dodatku z atrakcjami, ale to za chwilę. Ďumbier jest najwyższym szczytem Tatr Niżnych o wysokości 2043m n.p.m.


Znajduje się w głównym grzbiecie tych Tatr, pomiędzy szczytem Krúpova hoľa (1922 m), od którego oddzielony jest przełęczą Krúpovo sedlo (ok. 1890 m) i Štiavnica (2025 m). Od strony południowej łagodne zbocza pokryte polami głazów granitowych opadają do górnej części Bystrej Doliny, od północnej opada ścianami, filarami i stromym zboczem do dwóch kotłów lodowcowych w najwyższej części Doliny Jańskiej. Ściany te mają wysokość niemal 500 m. Kotły oddzielone są krótkim, opadającym z Dziumbira grzbietem o nazwie Ludárova hoľa. Na dnie zachodniego kotła znajduje się niewielkie jeziorko Lukové pliesko widoczne ze szczytu Dziumbira. Na szczycie znajduje się dwuramienny drewniany krzyż oraz betonowy obelisk. Kiedyś w zboczach szczytu wydobywano intensywnie złoto, antymonit i rudę żelaza.
W czasie II wojny światowej w tych okolicach miały miejsce walki pomiędzy słowackimi powstańcami a wojskiem niemieckim.  Ze szczytu rozciąga się szeroka panorama gór środkowej i północnej Słowacji. Widoki obejmują cały horyzont pokryty górami. Oprócz Tatr Niżnych widoczne są Tatry, Góry Choczańskie, Wielka Fatra, Mała Fatra, Jezioro Liptowskie i góry środkowej Słowacji
Po raz setny odpoczynek. Jakiś wariat, w pozytywnym słowa znaczeniu, zaczął samolotem latać wokół szczytu dosłownie parę metrów. 


Wrażenie niesamowite widząc samolot lecący z góry. Przeleciał z cztery razy. Król dba o swoich gości. Wyglądało to jak atak meserszmita i obstrzał szczytu. Siedzieliśmy na szczycie prawie do w pół do ósmej. Trzeba było się zbierać. Powoli słonko zachodziło, a na niebie pojawiły się dziwne chmurki. 


Kierowaliśmy się w stronę schroniska, czyli Chaty M.R.  Stefanika.  Do schroniska mieliśmy kawałek. Poszliśmy zboczem Dumbiera. 


Nie zwróciliśmy uwagi, że ten szlak jest zamknięty, ze względu na zniszczenia spowodowane erozją bezpośrednia droga z Chaty Štefanika na Ďumbier otwarta jest wyłącznie w okresie, gdy szlak pokryty jest warstwą śniegu. Nasze niedopatrzenie. Dowiadujemy się dopiero na dole, gdzie była tabliczka informacyjna. Do schroniska doszliśmy chwilę po dwudziestej.
 

Schronisko Štefánika (Chata M. R. Štefánika pod Ďumbierom, Štefánička) położone jest na wysokości 1740 m n.p.m. . W 1902 powstał w tym miejscu schron turystyczny pod nazwą Karlova ochranná chata, z którego do dzisiaj pozostała tylko góra kamieni. Wybudowało go Węgierskie Towarzystwo Karpackie (Magyarországi Kárpát Egyesület).  Po I wojnie światowej Klub Czechosłowackich Turystów (oddział KČST Ďumbier z miejscowości Podbrezova) zdecydował się wybudować tutaj schronisko. Kamień węgielny pod budowę położono w lipcu 1924 r. Zaczęła go stawiać firma z Uherskiego Brodu, ale wkrótce zrezygnowała z powodu złych warunków atmosferycznych. Budowę kontynuowała firma Šašinka z Popradu. Uroczyste otwarcie obiektu miało miejsce 9 września 1928 r. Nazwano go "Chatą generała Milana Rastislava Štefánika – słowackiego astronoma, pilota z czasów I wojny światowej i polityka, bohatera narodowego Słowaków. Pierwszym chatarem został Róbert Petrla, a obsługę stanowili byli pracownicy Šašinki. Zapasy były dostarczane z Doliny Jánskiej. Schronisko było pierwszym, jakie powstało w tej części Niżnych Tatr.  W 1938 r. obiekt przejęła nowo utworzono organizacja - Klub Słowackich Turystów i Narciarzy (Klub slovenských turistov a lyžiarov, KSTL). W okresie II wojny światowej podczas słowackiego powstania narodowego w tej części operowali słowaccy, francuscy i radzieccy partyzanci, a sam budynek został uszkodzony od wybuchu granatu. W przeciwieństwie jednak do większości obiektów KSTL, budynek po remoncie nadawał się do ponownego przyjmowania turystów. Po wojnie, w latach 50., przemianowano go na Chatu Hrdinov SNP na Ďumbieri. 21 lipca 1990 r. powrócono do dawnej nazwy. Obecnie obiekt jest własnością Klubu Słowackich Turystów (Klub Slovenských turistov), a chatarem (dzierżawcą i kierownikiem) jest Igor Fabricius (od 1991 r.).
W schronisku zamówiłem Vyprážaný syr i hranolky. Vyprážaný syr to był jeden z najlepszych, który do tej pory jadłem. W sumie nie dziwię się skoro kosztowało to tylko osiem euro. Potem już tylko załatwiliśmy formalności z noclegiem. Przed schroniskiem było już ciemno, a w oddali błyskało się, chodź grzmotów nie było słychać. Widowisko błysków było dość spektakularne, lecz ciężko było zrobić zdjęcie, wyczuć gdzie zaraz błyśnie, bo praktycznie z każdej strony się błyskało. Pozostało tylko pójść do pokoju, walnąć plecakiem na podłogę, oczywiście tak by nikogo nie obudzić, wdrapać się na pierwsze pieto, przy okazji walnąć się w głowę. Spotkanie głowy z sufitem. Szybko usnąłem, pytanie czy zmęczenie czy ten sufit jednak pomógł…


Pobudka rano. Nawet nie wiem, o której zostałem brutalnie obudzony na wschód słońca. Lecz na zewnątrz padał deszcz. Ale mimo tego wyszedłem. Dość szybko przestało lać i powoli za górki wyłoniło się słoneczko.


 Po siódmej zjedliśmy śniadanie, które było czuć malizną… Niby jajecznica z czterech jajek, ale chyba kukułczych, chleb siekany siekierą, a herbata z cholera wie z czego. Nic innego nie pozostało jak zamówić syr. W końcu ruszyliśmy w kierunku Trangoški. Ponad godzina drogi, a potem tylko z piętnaście minut asfaltem i byliśmy na parkingu. Lecz okazało się ze to nie ten parking. I co teraz? Nasz parking był godzinę wędrówki stąd. Trzeba zejść z powrotem i kierować się dalej w dół asfaltem. Wpadłem na pomysł.  Podszedłem do Słowaków i zapytam czy podrzuciliby mnie na drugi parking. I co? Bez problemu się zgodzili. Szybko wróciłem już swoim autem. Przebraliśmy się i ruszyliśmy w podróż powrotną do Polski, zaliczając oczywiście słowackie Tesco…





Komentarze

Popularne posty