Lysá hora 1324 m n.p.m.

    Trwają ostatnie przygotowania do urlopu, który zbliża się wielkimi krokami. Można powiedzieć że wszystko dopięte na ostatni guzik. Wyjazd zapowiada się bardzo aktywnie, zresztą jak co roku. Zatem w ramach pracy nad rowerową kondycją postanawiamy wybrać się w Beskid Śląsko - Morawski (Czechy) na Lysą Horę 1308 m n.p.m. Koło ósmej docieramy w okolice miejscowości Krasna. Znajduje się tam niewielki parking. Wypakowujemy rowery z auta i ruszamy w drogę. Teraz czeka nas 8,5 kilometrowy podjazd. 

 
    Pomimo, iż szlak wiedzie asfaltem to nie należy do najłatwiejszych.Podjazd zajmuję nam około półtora godzinny. Po dziewiątej docieramy na szczyt. 


    Zdobywam tą górę po raz trzeci i coś czuję, że nie ostatni. Jednak tym razem moim celem jest podjazd bez przerw na odpoczynek. Udało mi się, ale łatwo nie było. Na szczycie… Hmm… widoków brak, totalna mgła. Najważniejsze, że nie pada. Jednak dzisiejsze prognozy nie są zbyt obiecujące i koło południa zapowiadany jest już deszcz. W związku z tym, iż góra okazała się dziś kapryśna i nie chciała nam pokazać pięknych widoków, postanowiliśmy spędzić trochę czasu w schronisku, aby się ogrzać oraz zjeść coś dobrego w ramach nagrody za wysiłek. Uczta była zacna, gdyż z bogatego menu schroniska wybraliśmy przepyszny knedlik z jagodami. 


    Palce lizać. Chętnie tutaj jeszcze wrócimy choćby z uwagi właśnie na ten niepowtarzalny smak potrawy roboczo nazwanej przez nas pampuchem. Zza okna schroniska widzimy, iż niebo coraz bardziej zasnute jest chmurami. Na szczycie intensywna mgła. Pojawiają się pierwsze krople deszczu. To znak, że trzeba szybko się zbierać. Może uda nam się jeszcze uciec przed deszczem. Zjazd trwał około 15 minut. Jednak w połowie trasy dopadają nas zapowiadane opady. 
    Pomimo deszczu  moja maksymalna prędkość to 66 km/h. Jednak kiedyś osiągnąłem tutaj rezultat 92,3 km/h. Do dziś zastanawiam się czy to błąd licznika czy faktycznie jechałem wtedy z taką prędkością. Na dole deszcz jakby mniejszy, nawet miejscami prześwituje słońce. Pomimo kiepskiej pogody wypad zaliczamy do udanych. W dodatku trening poszedł nam tak sprawnie, że w porze obiadowej byliśmy już w domu.



Komentarze

Popularne posty