Baranie rohy 2526 m n.p.m
Nadszedł kolejny weekend. W sobotę w Tatrach pogoda zapowiadała się
niezbyt ciekawie. Ale i tak raczej nie planowałem jechać. To był dzień błogiego
lenistwa, spałem prawie do
dwunastej i nawet nie miałem zamiaru wstawać. Niedziela natomiast zapowiadała się
pięknie. Niestety inne sprawy, niezależne ode mnie, nie umożliwiły mi wyjazd. Dopiero późnym wieczorem dowiaduję się że niedzielę jednak mam wolną.
W zasadzie było już
za późno, żeby cokolwiek wielkiego robić. Do tego lenistwo wzięło górę nade mną...
Aż do momentu kiedy...
- Co robisz jutro? – zapytała Joanna.
- W sumie to nic.. Jest za późno, żeby gdzieś jechać – odpowiedziałem.
- Jadę na Słowację. Jedno miejsce jest wolne. Jedziesz? – zaproponowała.
Nie miałem jakiejś wielkiej ochoty gdziekolwiek jechać. Z czystego lenistwa! Z tym samym lenistwem
powiedziałem - Jadę.
Zostało mało czasu... A trzeba było się szybko spakować, zrobić zakupy...
Przed dwudziestą trzecią dotarłem do Katowic w umówione miejsce. Zebrała
się ekipa no i w drogę. Po drugiej dotarliśmy do Starego Smokovca. Szybko się
zebraliśmy i wyruszyliśmy w drogę. Kierunek - Teryho Chata. Wraz z koleżanką
poszliśmy powoli, reszta ekipy ruszyła
szybciej, ale i tak spotykamy się przy schronisku Zamkovského Chata na wysokości 1475 m n.p.m.
Niestety schronisko było zamknięte, więc chwilę posiedzieliśmy na zewnątrz. To
był krótki odpoczynek i ruszyliśmy dalej. Poszliśmy jeszcze kawałek razem, a
potem rozdzieliliśmy się. Część ekipy poszła na Pośrednią Grań, a Joanna i ja
podążaliśmy dalej obranym wcześniej szlakiem. Było dość zimno. Przed ostrym
podejściem do Teryho założyliśmy raki, zimą
nie ma co ryzykować. Raki założone, zimne rękawiczki włożyłem na zmarznięte ręce
(zamiast wsadzić rękawiczki pod kurtkę by się zagrzały to położyłem je na
śnieg, mój błąd).
Długo na efekt nie trzeba było czekać... Nie umiałem zagrzać palców,
było mi potwornie zimno i czułem dziwny ból. Szliśmy dalej, w ręce było zimno,
palce zdrętwiały, pomyślałem, że muszę się zagrzać, albo cieplej ubrać. Po
dłuższym czasie wędrówki, w końcu się zagrzałem, a ręce powoli wracały do formy.
Temperatura osiągała chyba z dobre minus dwadzieścia stopni.
W końcu po szóstej docieramy do
schroniska Terycho Chata 2015 m n.p.m. Spotkaliśmy znajomych Joanny, chwile rozmawialiśmy,
przy okazji grzejąc się, i po dłuższej chwili wyszliśmy na wschód
słońca i morze mgieł. Widok przepiękny...
Wróciliśmy do schroniska i
siedzieliśmy spory kawałek czasu, rozmawiając prawie do dziewiątej. W sumie mogłem tam siedzieć i siedzieć...
„Idziemy, czy zostajemy?” Padło pytanie. Leniwie odpowiedziałem, że możemy
iść, dojdziemy gdzie dojdziemy, najwyżej wrócimy.
Ruszyliśmy... Poszliśmy w kierunku Baraniej Przełęczy. Z schroniska praktycznie w
linii prostej zmierzaliśmy łagodną ścieżką,
aż do stromego podejścia. Już na
początku stromo pięliśmy się w górę. Ach te moje podejścia, słabe wolne, ale
jakoś powoli nabieram prędkości... Ech, wysokości oczywiście.
Mijały minuty… a może to godzina,
może półtorej, a my byliśmy gdzieś w połowie drogi do przełęczy.
- Idziemy dalej? - zapytała Joanna.
Odpowiedziałem bez zastanowienia:
-Chwila przerwy i idziemy dalej.
Choć przez głowę już przechodziły mi już myśli, że i tak nie dam rady,
żeby zrezygnować. Ale ja bez walki się nie poddaje, nawet jak czasem bywa
bardzo ciężko.
Przed nami już żleb, a na jego końcu przełęcz.
Wydaje się to blisko,
szliśmy środkiem zaśnieżonego żlebu. Piąłem się powoli do góry. Coraz bliżej
przełęczy... Już blisko… Joanna na przełęczy czekała na mnie, mnie osiągnięcie
tego punktu zajęło jeszcze dobre parę minut.
W końcu osiągnąłem przełęcz Baranie Sedlo 2393 m n.p.m. Z jednej strony
Dolina Pięciu Stawów Spiskich (kotlina Piatich Spišských plies), z której
przyszliśmy, a z drugiej jakaś smutna Muminkowa Dolina
(tak kiedyś została
nazwana przez koleżankę Doliną Kieżmarska). Smutna, bo cała w cieniu zasłonięta
przez pobliskie szczyty.
- Mam dla Ciebie złe wieści... Musimy wracać... Chłopaki też już
wracają... – powiedziała Joanna.
- Nie byłoby możliwości żeby poczekali? – zapytałem.
Dosłownie krok dzielił mnie od szczytu, wiedziałem, że przy schodzeniu
nadrobię trochę czasu... Mimo, że miałem
już dość, chciałem iść dalej. Joanna zapytała i przedstawia im sytuacje. „Ok
niech idzie”, dali mi zielone światło znajomi.
Namawiałem jeszcze Joanne, by poszła ze mną, ale bez rezultatu. Zostawiam
plecak, wziąłem tylko czekan i ruszyłem na lekko w drogę. Joanna jeszcze chwile
stała na przełęczy i za moment zaczęła schodzić.
- Będziemy się komunikować przez radio- postanowiłem.
Poszedłem granią, przeszedłem przez skalne żeberka, tam jest kawałek
wspinaczki, dość stromy kilkumetrowy odcinek, ale asekurując się czekanem pokonałem go bez
trudu. Ciekawe jak będzie podczas
schodzenia? Ale tym miałem się martwić później. W tamtej chwili myślałem tylko
jak daleko do szczytu. Szedłem bardzo łagodnie, lekko pod górę i ukazał mi
się... szczyt? Nie byłem pewny, ale na to wyglądało, że to ostatnie podejście?
Okazało się, że się
nie pomyliłem i o godzinie trzynastej
zdobyłem szczyt! Pokonanie odcinka z przełęczy na szczyt zajęło mi około
dwudziestu minut.
Baranie Rogi zdobyte, udało się! Ciężka praca i moja walka z samym sobą
przyniosły owoc, czyli osiągnięcie wierzchołka. Mój pierwszy poza szlakowy
szczyt zdobyty. Do tego zima i jeszcze solo! Nie mogłem uwierzyć. Dla mnie to
jak zdobycie K2.
- Halo, Halo... Słyszycie mnie? – odezwałem się do znajomych.
- Tak, Maćku słyszymy. Gdzie jesteś? – zapytali.
- Chciałbym poinformować, że szczyt zdobyty! – powiedziałem.
- Gratulujemy! – odparli.
- Chwilę odpocznę i schodzę. – poinformowałem.
Baranie Rogi (2 526 m n.p.m.) to wybitny masyw wznoszący się ponad
dolinami Pięciu Stawów Spiskich (odnoga Doliny Małej Zimnej Wody), Doliną
Czarną Jaworową i Doliną Dziką, stanowiącą jedno z rozgałęzień Doliny Zielonej
Kieżmarskiej. Jest ósmym co do
wielkości, samodzielnym szczytem w Tatrach. Nazwa szczytu związana jest z jego kształtem,
oglądany od północnego zachodu jest podobny do baraniego łba z dwoma rogami.
Zrobiłem zdjęcia,
nakręciłem film, podziwiałem widoki, ale nie potrafiłem
ustać w miejscu.
Na szczycie byłem tylko ja. Aż nie chciało się schodzić. Nie
chodziło o to że byłem zmęczony, ale że tam było tak pięknie. Dwadzieścia minut
zostałem na szczycie, niestety nadeszła pora, żeby schodzić.
- Wracam na przełęcz- poinformowałem przez radio.
- Ok, odezwij się jak będziesz na przełęczy – odpowiedziała „baza”.
Cały czas utrzymywaliśmy kontakt. Joanna była już gdzieś koło schroniska
Terycho.
Ja szybko znalazłem się na przełęczy i bez większych problemów przeszedłem trudny
odcinek, ale stres i tak był. Znalazłem się na przełęczy!
- Uważaj przy schodzeniu bo śnieg się zapada – przestrzegała Joanna.
- Uważaj przy schodzeniu bo śnieg się zapada – przestrzegała Joanna.
Na przełęczy wziąłem kilka łyków herbaty, tak mi się chciało pić, może
to ze stresu. Ubrałem plecak i schodziłem
dalej. Faktycznie śnieg się zapadał, próbowałem nawet zjechać, ale udało się
tylko kawałek, trzeba było schodzić, na nogach. Drogę z szczytu do schroniska
pokonałem w godzinę i dwadzieścia minut. I to z krótką przerwą na przełęczy! Do
schroniska nie wchodziłem, minąłem je i poszedłem dalej w dół.
W końcu przede mną była prosta droga, Doliną Zimnej Wody. Mogłem chować
raki oraz czekan i kierować się już na schronisko
Zamkovského Chata, gdzie czekali
na mnie znajomi. Przed szesnastą dotarłem do schroniska, gdzie miałem chwilę
odpoczynku. Mocno czułem już zmęczenie. Spod schroniska ruszyliśmy już całą ekipą,
kierując się na parking i potem prosto do domu.


Komentarze
Prześlij komentarz