Predné Solisko



Po ciężkim tygodniu pracy pora na weekend. Krótko mówiąc: łóżko, zimne piwko i telewizor. A nie, nie to nie dla mnie… Jadę w góry! Nie można odpuścić tak pięknej pogody, która się szykuje. Pracę kończę o czternastej, szybkie zakupy, potem ekspresowe pakowanie i mała drzemka, żeby po dwudziestej drugiej wyruszyć w drogę.
Po drodze jadę jeszcze po koleżankę, Agnieszkę. Będzie to jej pierwszy zimowy wypad w Tatry Słowackie. Mimo, że jest lawinowa trójka postanawiamy, że jedziemy. Wybieramy dość łatwą górę, więc prawdopodobieństwo, że tam zejdzie lawina jest naprawdę znikome. A najwyżej dojdziemy do schroniska i zawrócimy. 
Zobaczymy jak będzie.
Chwilę po drugiej docieramy na parking w miejscowości Štrbské Pleso. Pusto... 
Ani jednej żywej duszy... Czy aby na pewno? 
Agnieszka miała dużego stracha przed zwierzakami leśnymi. 
Siedzimy w aucie i myślimy czy już iść, czy jeszcze chwilka? W końcu się zbieramy i przed trzecią wyruszamy. Idziemy brzegiem zamarzniętego jeziora, szukając wejścia na nasz szlak. Już tu byłem, więc wiem gdzie można się go spodziewać. Znów trzeba przeciąć nartostradę. Nie wiem jak to inaczej obejść, by wejść na szlak i gdzie on się później dokładnie zaczyna. Ostatnim razem miałem ten sam problem. Agnieszka trochę zestresowana, mówi mi, że się nie przygotowałem! Idę kawałek i znajduje wejście do tajemniczego lasu, gdzie jest nasz niebieski szlak. Tej nocy jesteśmy pierwsi na szlaku, ale czy na pewno sami...? Wchodzimy w las, szlak lekko pnie się w górę, pełno śladów leśnych mieszkańców, lekko przyprószonych śniegiem. Cały czas przecieram szlak po starych śladach, których czasem praktycznie nie widać. Agnieszka się trochę boi, ale idzie twardo. Nic jej nie mówię, ale za drzewami czają się misie z całymi rodzinami, trzymając w łapkach sztućce. A reszta zwierzątek rozpala już ognisko. Nie no... Nie powiem, że chciałbym  spotkać misia, które niby śpią, albo jakiegoś szalonego świstaka ze sreberkiem w ręku, krzyczącym „A hoj... A hoj ci…”. Wystarczą już te ślady.  Podchodzimy wolno, w końcu wychodzimy z lasu i idziemy wzdłuż nartostrady.
Chwilami jest płasko, chwilami stromo. Cały czas podążamy wzdłuż nartostrady. Chwilę po piątej docieramy do Chaty pod Soliskiem (1840 m n.p.m), gdzie robimy dłuższą przerwę. Trzeba się cieplej ubrać, bo jest dość mroźnie. Schronisko, a bardziej bar (jak kiedyś wspomniałem) jest zamknięte. Gorąca herbata i ubieramy raki. Trzeba iść, bo naprawdę jest zimno, musimy się trochę rozgrzać. O piątej trzydzieści ruszamy. Powoli robi się coraz jaśniej, a niebo nabiera czerwonej barwy. 


Idziemy powoli, nie spiesząc się , bo i tak mamy miejsce w pierwszym rzędzie na oglądanie wschodu. Parę metrów od szczytu zatrzymujemy się. Przedstawienie się zaczyna. Malutkie zaspane słonko wyłania się znad horyzontu.


Oj, warto było zarwać noc i przejść ten straszny las! Agnieszkę chyba zatyka na widok wschodu. 


Bardzo lubię oglądać wschody, jest to w jakimś sensie nagroda za nieprzespaną  noc. 


Coś niesamowitego.
W końcu zdobywamy szczyt. To mój drugi raz na tym wierzchołku,


 Agnieszki pierwszy. Jej pierwszy zimowy dwutysięcznik ze wschodem słońca! Co więcej chcieć? Dłuższy czas jesteśmy na szczycie, robiąc zdjęcia. 


Mimo słońca  jest zimno. Po dobrej godzinie na szczycie zaczynamy powoli schodzić. 


Kierujemy się na schroniskowy bar, by trochę się zagrzać. Tam zamawiamy zupę.
Cesnaková polievka, bardzo dobra, nikt nie żałował czosnku. Pora się zbierać, bo było tam za ciepło i  ja już odpływałem. Podchodzimy do kolejki, chciałem zrobić jak rok temu, czyli zapytać czy jest możliwość zjechać. Nawet nie zdążyłem zadać pytania, a pan ustawia nas na miejsca i chwilę później zjeżdżamy kolejką . Agnieszka jest w szoku. Nie z powodu tego, że się udało, ale że jest na kolejce i chyba znów czuje strach. Nie wiem co dla niej było gorsze. Las pełen niedźwiedzi i szalonego świstaka, czy ta kolejka. Nie pytam, lepiej w to nie wnikać.  Takie atrakcje to tylko ze mną. Ja się znów naładowałem energią z gór. Mógłbym tu spędzać całe tygodnie. Nawet nie było tak źle z podejściem, tempo spokojne, więc nie było problemów. Szybko znajdujemy się na dole, Agnieszka jakoś przeżyła. Teraz zostało tylko spacerkiem pójść do auta, ruszyć w kierunku domu i czekać na kolejny wyjazd w góry. To chyba dopiero w marcu… Trzeba jakoś przetrwać na nizinach ten czas oczekiwania.


Więcej zdjęć 

Komentarze

Popularne posty