Polska – Montenegro
Plany na urlop miałem dość ambitne -
Zugspitze (najwyższy szczyt Niemiec), Triglav (najwyższy szczyt Słowenii). Był
nawet pomysł na Jaskinię Postojną, odpoczynek nad morzem, a gdyby czasu
wystarczyło i byłyby siły to jeszcze może najwyższy szczyt Austrii, czyli
Grossglockner. Ale cóż z tego skoro ludzie, z którymi planowałem wakacje okazali
się problematyczni lub porywali się z motyką na słońce. Plany legły w gruzach,
a gruzowisko leżało dość długo. Może jeszcze Norwegia? Ale słyszałem z kolei,
że drogo i z tego powodu brak było chętnych. A Gruzja? Brak zdecydowanych. Nie
miałem szczęścia, by kogoś znaleźć na wspólną wyprawę.
A może postawić w tym roku na rower? Rower, który jest mało użytkowany od trzech lat. Ciągle wyjazdy w góry, a jak nie w góry to na Jurę by się wspinać. Tylko pytanie czy dam radę? Kiedy to pisałem pozostało mi dwa miesiące do urlopu, a przejechane w tym roku miałem tylko 250 kilometrów, czyli kondycja zerowa...
Kilka lat temu wpadło mi w oko takie oto zdjęcie…
A może postawić w tym roku na rower? Rower, który jest mało użytkowany od trzech lat. Ciągle wyjazdy w góry, a jak nie w góry to na Jurę by się wspinać. Tylko pytanie czy dam radę? Kiedy to pisałem pozostało mi dwa miesiące do urlopu, a przejechane w tym roku miałem tylko 250 kilometrów, czyli kondycja zerowa...
Kilka lat temu wpadło mi w oko takie oto zdjęcie…
To, co na nim zobaczyłem stało się moim marzeniem, ale jakoś mało realnym. Daleko, problem z transportem.
Nagle znajduję wyjazd, który organizuje Cyklotramp. Długo się nie zastanawiam. Postanowione! Z powodu braku chętnych stwierdziłem, że nic w tym roku nie organizuję samodzielnie. Poszedłem na łatwiznę i zapisałem się na zorganizowany wyjazd. Pierwszy raz pojadę na coś takiego. Zawsze organizowałem sam sobie
Do wyjazdu coraz bliżej, powolne szykowanie się i jak zwykle w takich, sytuacjach człowiek myśli, że ma już wszystko, a tu się okazuje, że dużo rzeczy mu brakuje…
Nadszedł dzień wyjazdu. Cały rozemocjonowany, a zarazem zestresowany, budzę się
chwilę po piątej i co dziwne wyspany. Gdybym to tak do pracy się budził, byłoby
super. Zjadłem śniadanie i zacząłem
ostateczne szykowanie oraz pakowanie roweru i bagażu do auta, powoli bez
zbędnego pośpiechu. Wpół do ósmej ruszam w kierunku Katowic i docieram chwilę
przed ósmą na miejsce zbiórki. Od razu zapoznaję się z Michałem i jego
(prawdopodobnie) żoną. Zostawiam cały swój majdan przed autobusem i jadę na
parking zostawić samochód.
Powoli zbiera się reszta grupy, starsi, młodsi. W sumie wiek tu nie ma
znaczenia. Nadchodzi czas pakowania rowerów na przyczepę, jeden wielki chaos,
pytanie, kto tu rządzi, czy to ten autobus, kto jest kierownikiem wycieczki...
Uf, chwilę po dziewiątej autobus rusza. Nikt nie sprawdza czy wszyscy są...
Więcej informacji dostaję od Michała, który jest tak samo uczestnikiem
wycieczki jak i ja, niż od samego organizatora, zwanym przez uczestników
prezesem. Już na samym początku uderza mnie brak precyzyjnej organizacji.
Myślę, co będzie potem… Ruszamy i jedziemy w stronę Krakowa, gdzie jest drugi
punkt zbiórki. Na dworze pomimo wczesnej pory jest już gorąco. Całe szczęście w
autobusie jest klimatyzacja, ale jakoś bez rewelacji. Przed Krakowem mamy
przymusowy postój zatrzymują nas „krokodylki”, czyli Inspekcja Transportu
Drogowego. Stoimy dobre pół godziny. Sprawdzają autobus, czy są gaśnice i inne
konieczne rzeczy. Z jednej strony dobrze, przynajmniej jest pewność, że autobus
jest sprawny. W końcu jedziemy dalej, wjeżdżamy do Krakowa. W Krakowie dłuższy
postój. Można gdzieś iść i coś zjeść lub zrobić zakupy na dalszą drogę. Wracam
do autobusu i obok siebie mam współpasażerkę Agatę, będziemy skazani na podróż
ze sobą. Po dwunastej ruszamy z Krakowa i kierujemy się w dalszą drogę. W
autobusie gorąc mimo klimatyzacji, która nie radziła sobie z nagrzanym
pojazdem. Niby z przodu było chłodno, ale z tyłu bardzo ciepło. Droga jakoś
przemija i przed piętnastą jesteśmy na Słowacji, przed osiemnastą na Węgrzech.
Co jakiś czas robią postoje, więc jest możliwość wyprostowania się lub
załatwienia innych spraw. Większość drogi drzemię, bo spaniem raczej bym tego
nie nazwał. Co tu pisać, skoro jak każda podróż autobusem jest nudna i długa
gdziekolwiek się jedzie. Jedziemy dalej i około dwudziestej drugiej trzydzieści
przekraczamy granicę z Serbią, dłuższą chwilę stoimy, ale niedługo. W końcu
kontrola dokumentów i dalej w drogę. Noc jakoś zlatuje trochę drzemię, trochę
obserwuję ciemność za szyba, nawet zdarza się, że coś zobaczę - przejeżdżając
przez większe oświetlone miejsca lub miasta - nocne życie Serbów. Chwilę po
szóstej mijamy kolejną granicę. Granica Serbii z Czarnogórą i kolejna kontrola.
Każda z kontroli granicznej dość szybko mijała, nie trzeba było długo czekać
ani razu. Przekraczamy granicę i po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się.
Przerwa. W piekarni kupuję Burke, czyli placek z ciasta filo, nadziewany serem,
będącym, co prawda fast foodem, ale to jakim!


Komentarze
Prześlij komentarz