România Dzień 8 Busteni - Vulcanii Noroioși de la Pâclele – Lopătari
Wyjechaliśmy dziś około dziesiątej. Przed
nami jakieś trzy godziny jazdy. Kierunek Buzau, Vulcanii Noroioși. Dziewczyny
wymyśliły jeszcze by po drodze odwiedzić słynne rumuńskie winnice… odwiedziny
kończą się zakupem 5 litrowego wina w plastikowej butelce…
Dojeżdżamy do wulkanicznych terenów.
Vulcanii Noroioși czyli wulkany błotne, to niesamowite miejsce położone niedaleko miasta Buzau, w gminie Berca (wschodnia Wołoszczyzna). W tym rejonie znajdują się trzy tereny z błotnistymi wulkanami w Pâlele Mari, Pâclele Mici i Pâclele de la Beciu. My docieramy do dwóch: Mari i Mici.
Najłatwiej dotrzeć do Paclele Mari, znajduje się tu parking oraz prowizoryczna budka, w której pobierana jest niewielka opłata za wstęp – 4 leje.
Wulkany błotne to stożki i bulgoczące kałuże powstałe w wyniku wydobywania się podziemnych gazów, napotykających na swej drodze wodę i glinę.
Vulcanii Noroioși czyli wulkany błotne, to niesamowite miejsce położone niedaleko miasta Buzau, w gminie Berca (wschodnia Wołoszczyzna). W tym rejonie znajdują się trzy tereny z błotnistymi wulkanami w Pâlele Mari, Pâclele Mici i Pâclele de la Beciu. My docieramy do dwóch: Mari i Mici.
Najłatwiej dotrzeć do Paclele Mari, znajduje się tu parking oraz prowizoryczna budka, w której pobierana jest niewielka opłata za wstęp – 4 leje.
Wulkany błotne to stożki i bulgoczące kałuże powstałe w wyniku wydobywania się podziemnych gazów, napotykających na swej drodze wodę i glinę.
Wysuszona, spękana ziemia wokół nich w
odcieniach beżu i szarości, budzi skojarzenia podobne do powierzchni księżyca
czy skóry słonia.
Choć podłoże generalnie jest twarde, można napotkać grząskie fragmenty, zwłaszcza w pobliżu bulgoczących zbiorników. Nieziemski krajobraz robi naprawdę olbrzymie wrażenie.
Obszar jest chroniony od 1924 roku, a jego powierzchnia wynosi 60 ha, tworząc obszar Natura 2000.
Wulkany zostały po raz pierwszy zauważone w rejonie Berca przez Francuza H. Cognarda w 1867 r., który poszukiwał ropy naftowej.
Na świecie prawie jedna czwarta wszystkich wulkanów błotnych łączy się z łańcuchem alpejsko-karpackim – himalajskim. Można je spotkać we Włoszech, w Rumunii, na Morzu Czarnym, w Azerbejdżanie i w Pakistanie.
Błotniste wulkany tworzą niesamowity krajobraz, można siedzieć przed nimi wiele godzin i patrzeć na ich wycieki, mruczki, bąbelki czy wybuchy… ale trzeba jechać dalej.
Zbieramy się i w drogę. Czterdziestostopniowy upał daje się we znaki. Kierujemy się do rezerwatu Focul Viu. Nawigacja prowadzi drogą krajową, ale jedziemy wąska kręta drogą, która po paru kilometrach zmienia się w szuter, a następnie w kamienistą drogę.
No cóż... Mówię, żeby olać dalszą podróż do rezerwatu bo szkoda auta. Ale kierowca ciśnie dalej po tych kamieniach. Nie moje auto, po co mam się martwić. Ciśniemy dalej.. Nagle stop… Nie ma przejazdu. Most, który tu był, zerwał się. Google maps lubi zaskakiwać. No i co teraz? Zawracamy? Nie ma innej opcji, trzeba całkiem zawrócić. Jakiś gość macha, dając do zrozumienia, że można to objechać. Tak przynajmniej ja to zrozumiałem... Google maps gubi się. A my jedziemy dalej po kamienistej drodze. Przed nami ukazuje się auto, no to jedziemy za nim, skręca, przyśpiesza i znika za jakimiś krzakami... Jedziemy i znowu stop. Kończy się droga, a przed nami rzeka. I znów ... Co robić?
Choć podłoże generalnie jest twarde, można napotkać grząskie fragmenty, zwłaszcza w pobliżu bulgoczących zbiorników. Nieziemski krajobraz robi naprawdę olbrzymie wrażenie.
Obszar jest chroniony od 1924 roku, a jego powierzchnia wynosi 60 ha, tworząc obszar Natura 2000.
Wulkany zostały po raz pierwszy zauważone w rejonie Berca przez Francuza H. Cognarda w 1867 r., który poszukiwał ropy naftowej.
Na świecie prawie jedna czwarta wszystkich wulkanów błotnych łączy się z łańcuchem alpejsko-karpackim – himalajskim. Można je spotkać we Włoszech, w Rumunii, na Morzu Czarnym, w Azerbejdżanie i w Pakistanie.
Błotniste wulkany tworzą niesamowity krajobraz, można siedzieć przed nimi wiele godzin i patrzeć na ich wycieki, mruczki, bąbelki czy wybuchy… ale trzeba jechać dalej.
Zbieramy się i w drogę. Czterdziestostopniowy upał daje się we znaki. Kierujemy się do rezerwatu Focul Viu. Nawigacja prowadzi drogą krajową, ale jedziemy wąska kręta drogą, która po paru kilometrach zmienia się w szuter, a następnie w kamienistą drogę.
No cóż... Mówię, żeby olać dalszą podróż do rezerwatu bo szkoda auta. Ale kierowca ciśnie dalej po tych kamieniach. Nie moje auto, po co mam się martwić. Ciśniemy dalej.. Nagle stop… Nie ma przejazdu. Most, który tu był, zerwał się. Google maps lubi zaskakiwać. No i co teraz? Zawracamy? Nie ma innej opcji, trzeba całkiem zawrócić. Jakiś gość macha, dając do zrozumienia, że można to objechać. Tak przynajmniej ja to zrozumiałem... Google maps gubi się. A my jedziemy dalej po kamienistej drodze. Przed nami ukazuje się auto, no to jedziemy za nim, skręca, przyśpiesza i znika za jakimiś krzakami... Jedziemy i znowu stop. Kończy się droga, a przed nami rzeka. I znów ... Co robić?
Za nami podjeżdża inne auto i trąbi dając
do zrozumienia, żeby zjechać mu z drogi. I tak robimy. Auto przejeżdża przez
rzekę. Hmm…
Przejeżdżać czy nie? Idę zobaczyć jak to
wygląda… Nie do mnie należy decyzja, ja bym nie ryzykował. Miejscowi mogą sobie
pozwolić na taką jazdę, bo jak utknie w rzece, to zadzwoni sobie do jakiegoś
Zbysia i Zbysiu przyjedzie traktorem lub czymś innym… A my co zrobimy, po pomoc
drogową zadzwonimy…?
Ale pani kierowca wbija jedynkę i
przejeżdża rzekę. Nie wierzę w to, golf wtapia się w wodę...
Uff udało się, całe szczęście. Ucierpiała tylko przednia rejestracja… W sumie
fajna przygoda… Jedziemy dalej. Po chwili ukazuje się asfalt. Jesteśmy w
Niculești. Jednakże nie cieszymy się asfaltem długo. Znów wjeżdżamy na kamienną
drogę, chwilami kamienie uderzają o nadwozie auta... Droga jak z Brzezin do
Murowańca. Dojeżdżamy gdzieś, gdzie droga prowadzi na Focul Viu. Gdzieś w
miejscowości Lopătari.
Dowiadujemy się, że jeszcze z pięć kilometrów autem i z dwa kilometry piechotą. Nie ma sensu za późno jest… Zawracamy, kierując się na jakiś pensjonat, który jest oddalony około siedem kilometrów w miejscowości? Dobre pytanie. Jedziemy oczywiście po super kamieniach hmm...
Dowiadujemy się, że jeszcze z pięć kilometrów autem i z dwa kilometry piechotą. Nie ma sensu za późno jest… Zawracamy, kierując się na jakiś pensjonat, który jest oddalony około siedem kilometrów w miejscowości? Dobre pytanie. Jedziemy oczywiście po super kamieniach hmm...
Cholera wie, czy tu jeżdżą jakieś pojazdy
kołowe. Okazuje się że tak. Rzadko spotykane już...
W końcu po godzinie docieramy do pensjonatu koło jeziora Mocearu. Niestety nie ma miejsc, gospodarz mówi nam żeby jechać nad jezioro, rozbić namiot, w sumie innej opcji nie ma, jest koło dwudziestej. No to jedziemy, lekko się gubiąc, ale jakoś dojeżdżamy… do wielkiej polany, droga nie lepsza niż tamte. Idziemy się przejść szukając jeziora. Znajdujemy jezioro i nawet miejsce, gdzie rozbijemy namiot. Teraz trzeba spory kawałek przenieść wszystko z samochodu. Pytamy ludzi, którzy tu się bawią jak tu autami wjechali bo my też chcielibyśmy wjechać. Niby teren zamknięty, ale po dłuższej rozmowie okazuje się, że ktoś ma klucze, żeby przejechać przez leśną bramę. Pokazuje nam jak wjechać (trzeba przejechać przez las), otwiera bramę i zaprasza na imprezę.
Rozbijamy namiot, coś tam jemy, chwila namysłu i idziemy na proszoną imprezę. Jakoś byłem sceptycznie nastawiony… nie wiem czemu… Przeraża mnie gościnność rumuńska. Agregat prądotwórczy, dwie wielkie kolumny i laptop. Muzyka roznosiła się po całym jeziorze. Od razu porywają rytmy rumuńskiej muzyki. Sama rumuńska muzyka, żadnej zagranicznej. Kazali tańczyć, pić i dobrze się bawić. I tak zrobiłem. Może słabo mówię po angielsku, ale alkohol przełamuje wszystkie bariery językowe. Mało tego, jakiś kawałek dalej też impreza i głośna muzyka. Super zabawa, dawno się tak nie bawiłem. Minął jakiś czas… zniknęła jedna dziewczyna, potem druga. Nie wnikam w to… Ja się bawię dalej. Nawet próbuję śpiewać z nimi… i chyba nawet się udaje. Robi się coś po drugiej… pora się zwijać do namiotu…
W końcu po godzinie docieramy do pensjonatu koło jeziora Mocearu. Niestety nie ma miejsc, gospodarz mówi nam żeby jechać nad jezioro, rozbić namiot, w sumie innej opcji nie ma, jest koło dwudziestej. No to jedziemy, lekko się gubiąc, ale jakoś dojeżdżamy… do wielkiej polany, droga nie lepsza niż tamte. Idziemy się przejść szukając jeziora. Znajdujemy jezioro i nawet miejsce, gdzie rozbijemy namiot. Teraz trzeba spory kawałek przenieść wszystko z samochodu. Pytamy ludzi, którzy tu się bawią jak tu autami wjechali bo my też chcielibyśmy wjechać. Niby teren zamknięty, ale po dłuższej rozmowie okazuje się, że ktoś ma klucze, żeby przejechać przez leśną bramę. Pokazuje nam jak wjechać (trzeba przejechać przez las), otwiera bramę i zaprasza na imprezę.
Rozbijamy namiot, coś tam jemy, chwila namysłu i idziemy na proszoną imprezę. Jakoś byłem sceptycznie nastawiony… nie wiem czemu… Przeraża mnie gościnność rumuńska. Agregat prądotwórczy, dwie wielkie kolumny i laptop. Muzyka roznosiła się po całym jeziorze. Od razu porywają rytmy rumuńskiej muzyki. Sama rumuńska muzyka, żadnej zagranicznej. Kazali tańczyć, pić i dobrze się bawić. I tak zrobiłem. Może słabo mówię po angielsku, ale alkohol przełamuje wszystkie bariery językowe. Mało tego, jakiś kawałek dalej też impreza i głośna muzyka. Super zabawa, dawno się tak nie bawiłem. Minął jakiś czas… zniknęła jedna dziewczyna, potem druga. Nie wnikam w to… Ja się bawię dalej. Nawet próbuję śpiewać z nimi… i chyba nawet się udaje. Robi się coś po drugiej… pora się zwijać do namiotu…


Komentarze
Prześlij komentarz