Sarnia Skała 1377 m n.p.m.
Szybki piątkowy
wyjazd? Czemu nie. Zaraz po pracy jadę w kierunku Zakopanego zabierając po
drodze Wiolę i Gosie. Po osiemnastej jesteśmy na miejscu, gdzie już prędzej zarezerwowaliśmy
nocleg. Wieczorem ruszamy na miasto na Krupówki. Jak zwykle pełno ludzi
goniących za jedzeniem i nie wiadomo za czym jeszcze. Niby tyle lokali, ale i
tak nie ma co zjeść. Mam takie wrażenie, że jedzenie nie jest zbyt dobrej
jakości, a ceny z kosmosu. My i tak idziemy tylko na piwo. Siedzimy prawie do
północy. Na całe szczęście do pensjonatu mamy około dziesięciu minut...
Plany na jutro? Może wschód, na przykład na Giewoncie...? Wstajemy po ósmej, pomysłu jednak nie ma nadal. Po południu ma padać, więc jak coś robić, to krótkiego. Postanowione jedziemy... Parkujemy auto na prywatnym parkingu i idziemy na początek szlaku. Startujemy z Gronik 938 m n.p.m. gdzie niebieski szlak prowadzi w kierunku Przysłopu Miętusiego 1189 m n.p.m. przez Dolinę Małej Łąki 1045 m n.p.m. i dalej na Małołączmiak... Ja dochodzę z dziewczynami do Przysłopu Miętusiego... Dzwoni Halina czy możemy zwolnić prędzej pokój, bo będzie miała ludzi... Rano spakowaliśmy się, ale zostawiliśmy rzeczy w pokoju. Mamy jedyny klucz ... Ktoś musi zawrócić, pytanie kto. Bez namysłu mówię: Daj mi klucz i tak jakoś nie mam ochoty iść... Czasami tak jest, że chcesz iść, a brak sił lub są siły, a brak chęci. Takie mam wytłumaczenie, ale powód jest zupełnie inny i nie będę o tym pisał. Dziewczyny miały dość szybkie tempo, więc nie będę ich blokować. Wracam... Nieco struty... Przemilczę to... Oddaję klucz... I co tu robić? Może gdzieś pójść, albo przeleżeć pół dnia... Jadę w kierunku Doliny Strążyckiej. Startuje czerwonym szlakiem w kierunku Polany Strążyckiej 1042 m n.p.m., zajmuje mi to około czterdzieści minut. Droga prosta, łatwa i wygodna prowadzi wzdłuż lasu. Ludzi dość sporo, a w dolinie jeszcze więcej. Nie zatrzymuję się, idę dalej, wchodzę na czarny szlak, który od razu wznosi się ostro po śliskich kamiennych schodach. I po chwili zaczęło się... Walka z oddechem, chwila odpoczynku i dalej... Dziś to naprawdę nie jest mój dzień. Szlak niby prosty, wręcz banalny, a ja walczę jakby to było jakieś K2. W dodatku zaczęło kropić, jakoś mnie to nie zaskoczyło, bo zapowiadali na dziś opady deszczu. Nawet mi to to nie przeszkadzało, ale po chwili zaczęło padać bardziej, w sumie lunęło. Teraz to już przegięcie... Zawracam... Robię dwa kroki w dół... NIE... ktoś krzyknął mi do ucha, ale nikogo tu nie widzę. Jestem sam na szlaku, dookoła tylko las. Chwila namysłu i ruszam dalej. Idę do góry. Po paru minutach docieram do Czerwonej Przełęczy 1301 m n.p.m. Jest trochę ludzi i spotykam tam liska.
Plany na jutro? Może wschód, na przykład na Giewoncie...? Wstajemy po ósmej, pomysłu jednak nie ma nadal. Po południu ma padać, więc jak coś robić, to krótkiego. Postanowione jedziemy... Parkujemy auto na prywatnym parkingu i idziemy na początek szlaku. Startujemy z Gronik 938 m n.p.m. gdzie niebieski szlak prowadzi w kierunku Przysłopu Miętusiego 1189 m n.p.m. przez Dolinę Małej Łąki 1045 m n.p.m. i dalej na Małołączmiak... Ja dochodzę z dziewczynami do Przysłopu Miętusiego... Dzwoni Halina czy możemy zwolnić prędzej pokój, bo będzie miała ludzi... Rano spakowaliśmy się, ale zostawiliśmy rzeczy w pokoju. Mamy jedyny klucz ... Ktoś musi zawrócić, pytanie kto. Bez namysłu mówię: Daj mi klucz i tak jakoś nie mam ochoty iść... Czasami tak jest, że chcesz iść, a brak sił lub są siły, a brak chęci. Takie mam wytłumaczenie, ale powód jest zupełnie inny i nie będę o tym pisał. Dziewczyny miały dość szybkie tempo, więc nie będę ich blokować. Wracam... Nieco struty... Przemilczę to... Oddaję klucz... I co tu robić? Może gdzieś pójść, albo przeleżeć pół dnia... Jadę w kierunku Doliny Strążyckiej. Startuje czerwonym szlakiem w kierunku Polany Strążyckiej 1042 m n.p.m., zajmuje mi to około czterdzieści minut. Droga prosta, łatwa i wygodna prowadzi wzdłuż lasu. Ludzi dość sporo, a w dolinie jeszcze więcej. Nie zatrzymuję się, idę dalej, wchodzę na czarny szlak, który od razu wznosi się ostro po śliskich kamiennych schodach. I po chwili zaczęło się... Walka z oddechem, chwila odpoczynku i dalej... Dziś to naprawdę nie jest mój dzień. Szlak niby prosty, wręcz banalny, a ja walczę jakby to było jakieś K2. W dodatku zaczęło kropić, jakoś mnie to nie zaskoczyło, bo zapowiadali na dziś opady deszczu. Nawet mi to to nie przeszkadzało, ale po chwili zaczęło padać bardziej, w sumie lunęło. Teraz to już przegięcie... Zawracam... Robię dwa kroki w dół... NIE... ktoś krzyknął mi do ucha, ale nikogo tu nie widzę. Jestem sam na szlaku, dookoła tylko las. Chwila namysłu i ruszam dalej. Idę do góry. Po paru minutach docieram do Czerwonej Przełęczy 1301 m n.p.m. Jest trochę ludzi i spotykam tam liska.
Liska chytruska, który kręci się wśród ludzi,
czekając by mu ktoś rzucił coś do jedzenia. Nawet się nie boi, ale trzyma
dystans. Robię mu kilka zdjęć. Piękny lisek na dwie łapki i dwie nóżki... Ha ha…
Chyba inaczej ten wierszyk brzmiał.
Z przełęczy
drogowskaz pokazuje dziesięć minut na Sarnią Skałę. Ruszam.
Po chwili
dochodzę na szczyt Sarniej Skały 1377
m
n.p.m. Czasowo jak to wyszło? Sam się dziwię tyle przerw po drodze i tyle
kryzysów, wyszło tak jak pokazywały drogowskazy. Niby dobrze, ale i tak
czuję, że to nie mój dzień.
Na szczycie jestem chwilę, widoków nie ma żadnych,
tylko dookoła mgłaaa. Znowu pada…
Dawniej Sarnią Skałę nazywano Małą Świnicą,
Świniczką lub Świnią Skałą i była ona intensywnie penetrowana przez
poszukiwaczy skarbów (na skałach zachowały się do tej pory wyryte przez nich
znaki).
Sarnia Skała leży w pasie reglowym Tatr
Zachodnich, między Doliną Białego a Doliną Strążyską. Z
jej szczytu jest doskonały widok na mgłeee, a tak naprawdę na masyw Giewontu, a
w drugą stronę na Zakopane.
Zaczynam schodzić.
Idzie mi to znacznie lepiej niż podejście. Dochodzę na przełęcz, liska już nie ma, ludzi też. Pewnie lisek wszystkich
zjadł. Co chwilę pada, bardziej lub mniej. Szybko docieram do polany i
postanawiam, że zobaczę jeszcze pobliski wodospad, który oddalony jest
piętnaście minut drogi. Dochodzę w pięć, albo mi się tak wydawało. Prosta droga.
Po chwili ukazuje się wodospad.
Mały wodospad Siklawica. Wodospad opada z dwóch prawie pionowo
nachylonych ścian (pod kątem 80°). Łączna wysokość wodospadu wynosi 23 metry
(wysokość ściany dolnej wynosi 13 m, a ściany górnej 10 m). Pomiędzy górną i
dolną jego częścią istnieje skalna półka, w której w skale wymyte zostało siłą
uderzenia wody i niesionych przez nią odłamków skalnych wgłębienie wypełnione
wodą, tzw. kocioł eworsyjny.
Ponad wodospadem znajduje się jedno z dwóch
górnych odgałęzień Doliny Strążyskiej zwane Małą Dolinką. Niegdyś prowadziła
przez nią i dalej bardzo stromym żlebem Warzecha najkrótsza z Zakopanego
ścieżka turystyczna na Giewont.
Pora wracać. Kieruję
się w stronę parkingu. Pozostało jeszcze jakieś dwadzieścia minut, dzwoni
Wiola, pyta czy przyjadę po nie, bo są zmoknięte i przemarznięte. Dopadł je deszcz a potem grad.
Chyba jakoś się
trochę zresetowałem. Po dwudziestu minutach docieram na parking i kieruję się
na umówione miejsce. Czyli rondo koło Kuźnic, gdzie je odbieram. Po drodze
zabieramy jeszcze nasze bagaże i jedziemy w miejsce gdzie Gosia i jej znajomi
wynajmują domek.
Przebieramy się,
suszymy i ruszamy w kierunku Krupówek. Przy okazji rozmyślamy, co robić jutro...
W końcu jest plan... Kładę się prędzej spać,
lecz impreza w domku trwa do bardzo późna. Z jednej strony żałuję, że nie bawię
się razem z nimi, ale z drugiej strony, Ja będę bawił się jutro lepiej... W
dodatku jutro jestem kierowcą, na szczęście to tylko sześćdziesiąt kilometrów.


Komentarze
Prześlij komentarz