Ελλάδα 2024 - Ημέρα 1
Grecja - z czym kojarzy nam się to państwo? Ze starożytną mitologią pełną opowieści o bogach, herosach i ich nadprzyrodzonych mocach. Z filozofią oraz nauką, które dały fundamenty współczesnej cywilizacji jak również z kulturą i sztuką, które wciąż zachwycają swoim pięknem. Pierwsze co przychodzi mi na myśl, gdy wypowiadam słowo Grecja to obraz budynków pomalowanych na biało z niebieskimi dodatkami kontrastującymi z morzem w kolorze lazuru. Niesamowite jest to, że ten kraj ma do zaoferowania niemal 2500 malowniczych wysp, z których około 165 jest zamieszkałych. Można dotrzeć na nie statkiem, promem lub samolotem, co tylko uatrakcyjnia odkrywanie uroków tego Państwa.
W tym roku zaplanowaliśmy naszą podróż nieco inaczej niż zwykle. Do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności dokąd się udamy. Rozważaliśmy Albanię, Czarnogórę ostatecznie padło na Grecję, a dokładniej na jedną z jej mniejszych wysp, która zdaje się być prawdziwym ukrytym skarbem. Zdecydowaliśmy się skorzystać z usług biura podróży — Edytotravel. Nasza znajoma, która jest właścicielką tego biura doradziła nam małą, kameralną wyspę z dala od tłumu turystów. Tym razem naszym środkiem transportu był samolot. Dla takiego zmotoryzowanego podróżnika jak ja było to małym wyzwaniem i wzbudziło lekki stres. Być może obejrzałem zbyt wiele odcinków "Katastrofy w przestworzach" na National Geographic. Kolejnym większym wyzwaniem było ograniczenia bagażu do absolutnego minimum (tylko 20 kg). Zwykle, podróżując samochodem pozwalaliśmy sobie na zabranie wielu rzeczy. Od sprzętu rowerowego po ubrania na wypady w góry. Tym razem jednak każdy z nas musiał zmieścić się w jednej walizce i bagażu podręcznym. To wymagało od nas sporej gimnastyki logistycznej.
Nadszedł dzień wylotu. Dojeżdżamy w okolice lotniska w Pyrzowicach i zatrzymujemy się obok stacji BP, gdzie planujemy zostawić nasz samochód. Dużym plusem jest fakt, że parking oferuje transfer bezpośrednio na lotnisko, co oszczędza nam sporo zachodu. Docieramy pod terminal B sporo przed czasem, co daje nam chwilę na spokojne rozeznanie się na lotnisku.
Po nadaniu bagażu kierujemy się w stronę kontroli osobistej. Gdy już jesteśmy w całości odprawieni udajemy się do strefy bezcłowej, gdzie możemy na spokojnie czekać na godzinę odlotu. Wykorzystujemy ten czas na obserwowanie startujących i lądujących samolotów. W końcu przyszedł czas i na nas. Po przejściu ostatniej kontroli na bramce znajdujemy się w autobusie, który przemierza płytę lotniska by dowieźć nas pod samolot.
Wchodzimy na pokład i zajmujemy miejsca wskazane na biletach. Lot RR3006 zaplanowany jest na godzinę dwunastą dziesięć, jednak mamy dwudziestominutowe opóźnienie. Standardowo stewardesy przeprowadzają instruktaż dotyczący wyjść ewakuacyjnych i procedur bezpieczeństwa. W końcu zaczynamy kołowanie na pas startowy. Skręt w lewo, potem w prawo, a może odwrotnie? Jesteśmy już na pasie startowym. „Tu RR3006, proszę o pozwolenie na start” — wyobrażam sobie, że takie komendy padają w kokpicie. Nagle silniki zaczynają pracować coraz głośniej. Samolot nabiera prędkości, wciska nas w fotele. "V1, rotate" i zaczynamy wznosić się w powietrze. Dziwne i niecodzienne uczucie dla kogoś kto nie latał za wiele. Staram się kontrolować sytuację przez okno tak jakby ta moja obserwacja miała coś pomóc w przypadku faktycznej awarii samolotu. No cóż, nie da się ukryć mały stres zawsze jest obecny.
Wsiadamy do autobusu, który zdecydowanie lata świetności ma już za sobą. Po chwili znajdujemy się przed wejściem i kierujemy się do strefy baggage claim. Stajemy przy taśmie i czekamy na swój bagaż. Wielu turystów zdążyło już odebrać swoje walizki, a my w ciąż czekamy. Z każdą minutą ludzi jest coraz mniej, a nasze bagaże nadal się nie pojawiają. W dodatku taśma się zatrzymuje. Czyżby awaria? Po kilkunastu minutach obsługa ponownie uruchamia taśmę i jako jedni z ostatnich odbieramy nasze bagaże. Kierujemy się w stronę wyjścia. Na zewnątrz lotniska czeka na nas rezydentka z firmy Grekos, która wręcza nam kopertę z nazwą hotelu oraz podaje nam numer autobusu do którego mamy się udać. Po około dwudziestu minutach jazdy docieramy do przeprawy promowej w Keramoti. Trzeba przyznać, że jest to dość ciekawa atrakcja sama w sobie. Odległość z portu Keramoti do portu Limenas na wyspie Thassos to około 8 mil morskich (14 km). Pomimo zmęczenia całodzienną podróżą od razu udajemy się na górny pokład, aby znaleźć sobie najlepsze widokowo miejsca. Jednak już po chwili główną atrakcją stają się mewy, które w dużych grupach zaczynają latać nam nad głowami wypatrując pożywiania od turystów. Wystarczy unieść rękę, aby ptaki natychmiast zwróciły uwagę. Nie są jednak na tyle naiwne, by zbliżyć się do pustej ręki — choć kilka razy udało się je nabrać. Gdy ktoś faktycznie trzyma coś w dłoni, mewy podlatują z tyłu i szybkim ruchem wyrywają zdobycz, nie dając szans na reakcję. Mimo wszystko, obserwowanie ich zwinności i sprytu to całkiem fascynujące doświadczenie.
W oddali wyłania się już nasza wyspa. Thassos wygląda na całkiem dużą — ma powierzchnię 390 km², co czyni ją jedną z większych wysp w północnej części Morza Egejskiego. Zbliżając się do brzegu, dostrzegamy górzysty teren wyspy oraz rozległe zielone obszary, które zdają się wręcz zapraszać do odkrywania. Po około czterdziestu minutach docieramy do portu w Limenas i szybko wsiadamy ponownie do naszego autobusu, który ostatecznie ma nas zabrać do miejsca docelowego. Trzeba również rozwieźć wszystkich turystów po hotelach, co oczywiście zajmuje trochę czasu. Jesteśmy jednymi z nielicznych, którzy dotrą na miejsce dopiero po godzinie jazdy, ale nie narzekamy. To dla nas pierwsza okazja, by zobaczyć urokliwe zakątki wyspy.
Thassos, nazywana szmaragdową wyspą, położona w północnej części Morza Egejskiego, to prawdziwy raj na ziemi. Oferuje wszystko, czego można zapragnąć: zielone lasy, wspaniałe plaże, tradycyjne górskie wioski oraz bogactwo zabytków. Wyspa przyciąga miłośników pieszych wędrówek, którzy mogą korzystać z bujnych górskich szlaków prowadzących przez zapierające dech w piersiach krajobrazy. Thassos jest również znana z produkcji miodu, a przemysł pszczelarski działa tu nieprzerwanie od wieków.
Legenda głosi, że Thassos to wyspa syren, które próbowały zwabić Odyseusza na swoją stronę podczas jego podróży w "Odysei" Homera. Wyspa była kiedyś bogata w minerały, drewno i złoto, a dziś można znaleźć tu opuszczone kamieniołomy marmuru, które kiedyś przynosiły mieszkańcom wielkie bogactwo. Przez wieki Thassos była obiektem zainteresowania wielu mocarstw. Od Persów, przez Fenicjan, Rzymian, po Turków, którzy pozostawili po sobie trwałe ślady, widoczne do dziś w krajobrazie i kulturze wyspy.
Jest już po osiemnastej, gdy docieramy do małej, spokojnej miejscowości Πευκάρι, znanej również jako Pefkari. Jej nazwa oznacza „małą sosnę” w lokalnym dialekcie, co idealnie oddaje jej charakter. Wioskę otaczają bujne sosnowe lasy, które dodają jej szczególnego uroku. Pefkari leży na południowym wybrzeżu wyspy Thassos, między bardziej znanymi wioskami Potos i Limenaria. Miejscowość ta, choć niewielka, oferuje prawdziwy urok greckiej wyspy. Jest to idealne miejsce dla tych, którzy szukają spokoju z dala od zgiełku większych kurortów, a jednocześnie chcą być blisko najpiękniejszych plaż wyspy.
Oczywiście po kolacji nie mogło zabraknąć kąpieli w Morzu Egejskim. Romantyzmu i cudownego klimatu dodał zachód słońca. Chociaż woda była równie słona jak wszędzie indziej w basenie Morza Śródziemnego to jej turkusowa barwa i krystaliczna czystość sprawiły, że zanurzenie się w niej było niezwykle orzeźwiające. Na plaży spędziliśmy czas do późnego wieczora, delektując się widokiem spokojnych fal, rozbijających się o brzeg. Gdy zrobiło się już całkiem ciemno dopadło nas zmęczenie zatem nadszedł najwyższy czas, aby iść odpocząć do pokoju.








Komentarze
Prześlij komentarz